Dziękujemy wam, Niemcy

Ponad 30 mln paczek z pomocą dostali Polacy na początku lat 80. XX wieku. Tamten spontaniczny wyraz solidarności z Polską był pierwszym wielkim wyłomem w żelaznej kurtynie.

Reklama

Dobrze pamiętamy w Polsce o krzywdach, które wyrządzili nam sąsiedzi zza zachodniej granicy: o krewnych zabitych w obozach koncentracyjnych, o morzu ruin i rozkradzionych przez najeźdźców dobrach kultury. Ciekawe, że zaznane od sąsiadów dobro przypomina się dopiero w drugiej kolejności... Teraz jest okazja, by to zrobić. Mija 30 lat od chwil, gdy zwykli ludzie z całego Zachodu otworzyli serca dla Polaków i ruszyli nam z gigantyczną akcją pomocy. Na czele tego pochodu dobrych ludzi szli Niemcy.

Niemcy nas gonią!

Bujaków na Górnym Śląsku, trwa stan wojenny. „Niemcy nas gonią! Niemcy nas gonią!” – wołają biegnące wzdłuż drogi dzieci, wychowane na nieśmiertelnych „Czterech pancernych” i „Stawce większej niż życie”. Do tej grupy zwraca się lekko podchmielony przechodzień: „Kto cię goni? A kto ci paczki przysyła, Niemcy czy Rusy?”. Dzieci patrzą zdziwione, po czym biegną dalej, ale wykrzykując już: „Rusy nas gonią!”.

Paczki z Zachodu zaczęły napływać do Polski po sierpniu 1980 roku. Polacy zwrócili wtedy na siebie uwagę świata, tworząc pierwszą oazę wolności w bloku komunistycznym: NSZZ „Solidarność”. Jednak mimo utworzenia „Solidarności” kryzys gospodarczy nie zelżał. Na półkach w sklepach stał tylko ocet. Po inne towary stało się w wielogodzinnych kolejkach.

W maju 1981 r. Niemka Krystyna Graef, lekarz pediatra z Frankfurtu nad Menem, dostała list od Izoldy, koleżanki z Polski. Izolda pisała: „Mam dzisiaj nocny dyżur w klinice i piszę do Ciebie, bo jestem zrozpaczona. Niektóre matki mogą karmić swoje dzieci piersią. Ale dla tych, które nie mogą, nie mamy już mleka w proszku, ani nawet świeżego mleka. Patrzysz wtedy w oczy dzieci, widzisz, że ci ufają i mają nadzieję, że im pomożesz i je uratujesz. Co będzie dalej? Najgorsze jest podjęcie decyzji, komu dać lekarstwa, a komu nie. Mamy ich o wiele za mało. Już nie mogę poradzić sobie z wyrzutami sumienia. Jako lekarz jestem bezradna. Życzę Ci, abyś nigdy nie była skonfrontowana z takim problemem”.

Wstrząśnięta Krystyna zaczęła zbierać datki na „Pomoc dla polskich dzieci”. Zbierała wśród pacjentów oraz w czasie swoich urodzin, zamiast prezentów. W kilka dni uzbierała tysiąc marek. Kolejny tysiąc dorzucił aptekarz. Producent mleka w proszku „Milupa” dał zniżkę, a wypożyczalnia samochodów oddała do dyspozycji Krystyny za darmo ciężarówkę. Wkrótce Krystyna z toną mleka w proszku jechała do Łodzi, do kliniki, w której pracowała Izolda. Później wracała do Polski z całymi konwojami ciężarówek wielokrotnie. Krystyna Graef jest jedną z wielu bohaterek dokumentalnego filmu „Paczki solidarności” niemieckiego reżysera Lwa Hohmanna (premiera odbyła się przed miesiącem).

15 wagonów dziennie

Ksiądz Marian Malcher, dziś emeryt, a przed 30 laty dyrektor Caritas Diecezji Katowickiej, wspomina, że do Caritas już w 1980 r. zwróciło się o pomoc... PRL-owskie Ministerstwo Zdrowia. Urzędnicy z ministerstwa pytali, czy Caritas może kościelnymi kanałami sprowadzić do Polski właśnie mleko w proszku. Brakowało go bowiem dla dzieci w sposób dramatyczny. Caritas uruchomiła swoje kanały. Jako pierwsza odpowiedziała Polonia. – Inżynier Pręgowski ze Szwajcarii zorganizował cały pociąg z mlekiem w proszku. Wagony zostały podzielone między oddziały Caritas w całej Polsce – wspomina ks. Malcher.

W Katowicach Caritas zorganizowała punkt dyspozytorski na całą Polskę. Diecezjalne oddziały z całego kraju zgłaszały do Katowic swoje potrzeby, a dyspozytorzy z Katowic kierowali bezpośrednio tam tiry z Zachodu. – Mieliśmy na ścianie wielką mapę Polski, na której zaznaczaliśmy, gdzie i kiedy mają jechać transporty – wspomina ks. Malcher. – Dbaliśmy, żeby odsyłać na Zachód potwierdzenia odbioru darów i podziękowania. Dzięki temu darczyńcy wiedzieli, że pomoc rzeczywiście trafia do potrzebujących i wysyłali kolejne transporty. I tak to rosło, aż zrobiła się z tego lawina po 13 grudnia 1981 roku – dodaje.

Jednej z pierwszych nocy stanu wojennego po ks. Mariana Malchera przyszła milicja. Nie chodziło jednak o internowanie. Milicjanci tłumaczyli, że zatrzymali u wlotu do Katowic konwój aż 20 ciężarówek z darami z krajów Beneluksu, ale nie wiedzą, co z nimi robić. I nie potrafią dogadać się z kierowcami. – To był sam początek stanu wojennego, więc panowało szczególne napięcie. Pojechałem do zatrzymanego konwoju, wyjaśniłem kierowcom, że muszą zjechać na parking, tam szybko zorganizowaliśmy dla nich posiłek i herbatę. Łagodziliśmy sytuację, aż milicja puściła ich dalej, do Małopolski i na Podhale – wspomina ks. Malcher.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • jak ruscy gonili jąkałę
    06.01.2012 14:55
    teraz mamy nową Public Relation -PR"religię" POganiaczy kasy i POdwyżek, POdatków,POtrąceń, nic tylko przyłączyć się do królów wracających inną drogą
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    1 2 3 4 5 6 7
    8 9 10 11 12 13 14
    15 16 17 18 19 20 21
    22 23 24 25 26 27 28
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    13°C Czwartek
    rano
    17°C Czwartek
    dzień
    18°C Czwartek
    wieczór
    14°C Piątek
    noc
    wiecej »

    Reklama