Ośrodek drugiej szansy

Choć młodzi ludzie trafiają tu za karę, dla niektórych z nich pobyt w tym miejscu jest jak los na loterii. Jeśli tylko chcą, mogą zacząć na nowo.

Reklama

Ośrodek działa od czterdziestu lat. Najpierw jako zakład poprawczy i schronisko dla nieletnich, a od osiemnastu lat jako Miejski Ośrodek Adaptacji Społecznej, lub – jak mówią o nim pracownicy i wychowankowie – ośrodek drugiej szansy.

Wyjść na prostą

Choć mieści się w środku miasta, trudno go dostrzec z ulicy. Na pierwszy rzut oka niczym nie różni się od bursy czy szkoły. Nie widać krat w oknach, ani specjalnych zabezpieczeń. W środku też, poza strażnikiem na portierni, niewiele wskazuje na to, że właśnie przekroczyliśmy progi poprawczaka. – Tylko płot pojawił się w ostatnich latach, bo ukazało się takie zarządzenie. Wcześniej go nie było, choć mieliśmy i po 140 wychowanków – mówi Lesław Fukiet, dyrektor MOAS-u.

„Druga szansa” pojawia się często w ustach mieszkańców domu, odmieniana przez wszystkie przypadki. – Jestem święcie przekonany, że młody człowiek, który tutaj trafia, jeśli będzie uczciwy wobec siebie i nas, nie może powiedzieć, że swojej szansy nie dostał. Może skończyć szkołę, zdobyć zawód, skończyć kurs. Ma też szansę doświadczyć czegoś więcej niż tylko stanie pod budką z piwem – mówi pan Lesław. Dzięki niemu i ośrodkowi szansę na rozpoczęcie nowego życia otrzymało ponad 4 tysiące młodych ludzi.

Trafiają tu chłopcy w wieku od 13 do 21 lat. Podstawowym zadaniem ośrodka jest ich wychowanie resocjalizacyjne i przygotowanie do samodzielnego życia w społeczeństwie. Wychowankowie uczą się tu między innymi zawodu, biorą udział w zajęciach terapeutycznych. Mają też szansę poznać świat, wyjeżdżając za granicę, oraz sposoby na „trzeźwą zabawę”: na nartach, na basenie, na boisku. Pobyt w MOAS to kara. Z założenia. Bo dla wielu z chłopców to pierwsze miejsce, gdzie czują się ważni, zauważani, bezpieczni i zadbani.

Chłopaki w MOAS są jak inni chłopcy, choć może bardziej zdyscyplinowani i grzeczni. Nie wyglądają na ludzi mających na koncie poważne niekiedy przestępstwa i wyroki. Ale aniołami nie są. – Mamy tu trochę niegrzecznych dzieci – śmieje się dyrektor. I dodaje już poważniej: – Staramy się im pomóc i wyciągnąć z kłopotów, w które wpadli, często nie tylko z własnej winy. Chcemy im pomóc wyjść na prostą.

Kto rzuci kamieniem?

O przeszłości chłopakom trudno się opowiada. W końcu nie ma się czym chwalić. Wolą mówić o tym, co przed nimi. Piotrkowi zostało 15 miesięcy do skończenia szkoły. Uczy się na stolarza. – Wcześniej nie zależało mi na tym, żeby ją skończyć. Teraz walczę też o średnią na świadectwie. Ale chcę zdobyć jeszcze jeden zawód, może coś z kierunku budowlanego. Mam kurs układania glazury, ocieplania budynków, a jeszcze chciałbym zrobić kurs brukarza, prawo jazdy – wylicza. Bo jego największym marzeniem jest wybudowanie własnego domu. Piotrek sprzed roku w niczym nie przypominał tego teraz. – Rok temu podstawowym zajęciem była zabawa. Wychowywała mnie siostra. Alkohol, narkotyki. Tu tego pobiłem, tu coś ukradłem, dałem sobie w nosek, zapaliłem trawkę. Szkołę olewałem. Tak wyglądało moje życie – opowiada. Kiedy trafił do ośrodka, obwiniał wszystkich, tylko nie siebie. – Pomógł mi ksiądz. Zrobiłem rachunek sumienia i dotarło do mnie, że to nie koniec świata, ale początek – wyznaje.

Ks. Mariusz Ambroziewicz, katecheta i kapelan w MOAS-ie, przyznaje, że dla wielu chłopców ośrodek jest też szansa na nowe życie duchowe. – Spotykają na nowo Pana Boga, albo dopiero Go odkrywają. To sprawia, że znajdują motywację. Z udziałem we Mszach św. czy praktykach sakramentalnych bywa różnie, nie odbiegają od średniej nastolatków. Ale są od nich odważniejsi. Łatwiej im przyznać się do Pana Boga, do modlitwy. I chyba częściej niż przeciętny nastolatek klękają do kratek konfesjonału – mówi ks. Mariusz. Choć pracuje w ośrodku od niedawna, z podziwem niekiedy patrzy, jak chłopcy starają się wygrać swój mecz o życie. – Mają świadomość swojego zniewolenia grzechem i swojej słabości. Jeden z wychowanków prosił przed wyjazdem na przepustkę: „niech się ksiądz za mnie pomodli, żeby mi nic do głowy głupiego nie strzeliło, bo mam wyrok w zawiasach. Ja będę się starać po swojemu, ale wiem, że jestem słaby” – opowiada duszpasterz.

Stara się być blisko chłopaków, nie tylko w posłudze duszpasterskiej, ale też w zwykłym, codziennym życiu. Bywa z nimi na siłowni albo idzie na mecz. Zastanawiają się razem nad udziałem kilku chłopców w organizowanych przez ks. Mariusza wyprawach rowerowych. A zdarza się, że chłopcy z MOAS służą do Mszy św. w koszalińskiej katedrze. – Nie różnią się od swoich kolegów ministrantów. Spotykają się z nimi przy ołtarzu, na boisku. Różnią się tylko historią grzechu. A kto z nas jest bez grzechu i może pierwszy rzucić kamieniem? – pyta retorycznie ks. Mariusz.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    12 13 14 15 16 17 18
    19 20 21 22 23 24 25
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    2°C Wtorek
    rano
    4°C Wtorek
    dzień
    4°C Wtorek
    wieczór
    5°C Środa
    noc
    wiecej »

    Reklama