Urszula na rozdrożu

Po siedemnastu dniach głodówki nie mam ochoty ani na sadzone, ani na pierś w panierce.

Reklama

Urszula wieczorem wsiadła do autobusu. Miała przy sobie reklamówkę, w niej trzy bluzki i żabę. Z Koszalina do Warszawy jechała 10 godzin. Spała, gdy autobus zatrzymał się pod Pałacem Kultury. Akurat między wieżowcami przedzierało się słońce, był 3 września. Spytała przechodnia w garniturze, jak dojść pod Ministerstwo Sprawiedliwości. Autobusem miejskim jechać nie chciała – bilet kosztował 3,60 zł. Gdy zobaczyła mosiężną tablicę na parkanie, a na niej mosiężne „Ministerstwo Sprawiedliwości” i orła białego, również mosiężnego, przyrzekła, że zostanie pod bramą ministerstwa, dopóki z samym ministrem nie porozmawia. Pierwszą, drugą i trzecią noc spędziła pod gołym niebem. Później ktoś podarował jej namiot – jednoosobowy, w kolorze niebieskim. Znalazły się też koc, dwa śpiwory i kołdra z jaśkiem. Mijały dni ciepłe, noce chłodniały… Urszula już 17. dzień śpi pod ministerstwem. Ma kilka butelek wody mineralnej, herbatę z pigwą w termosie oraz pluszową żabę, która po naciśnięciu mówi „Kocham cię”. Żabę swojej „Żabci” dał mąż na walentynki, więc przytula się teraz do niej przed zaśnięciem. A zasypia, gdy na Alejach Ujazdowskich ruch zelży. Budzi się, gdy służby w kamizelkach czyszczą chodnik. Siedemnasty dzień nie je śniadania. Obiadu i kolacji też nie je. Rozmawia za to z ludźmi, którzy czekają na przystanku autobusowym „Plac na Rozdrożu”. Okazją do rozmów z warszawiakami są także spacery do toi toia, który stoi po drugiej stronie ulicy, obok Łazienek Królewskich. Anna Mętlewicz, radna koszalińskiej Rady Miejskiej: – Rowińska uważa, że oszukali ją koszalińscy urzędnicy, przez co wpadła w dwumilionowe długi. Poznałam Rowińską jakieś 10 lat temu. Jest kobietą hardą, która będzie walczyć do upadłego. Skoro powiedziała, że nic nie zje, dopóki z ministrem nie porozmawia, to ona faktycznie nic do ust nie weźmie.

Boję się jej determinacji. Urszula Rowińska: – Dla mnie mogłoby nie być zupy pomidorowej, pierogów ruskich, fasolki po bretońsku. Musiałoby zostać jajko sadzone, takie podane na czerstwej kromce chleba. I pierś kurczaka, ugotowana w warzywach lub smażona. Ale po siedemnastu dniach głodówki nie mam ochoty ani na sadzone, ani na pierś w panierce. Piję tylko wodę. Jeszcze nie mam krwotoków z nosa, mroczków przed oczyma. Będę głodować, dopóki zdrowia mi starczy i dopóki Jarosław Gowin albo jego zastępcy nie obiecają mi, że zajmą się wiceministrem środowiska Stanisławem Gawłowskim. On zniszczył życie moje i mojego męża.

Stalowy sweter

Anna Mętlewicz: – Pamiętam Rowińskich jako ludzi zadbanych, majętnych i przedsiębiorczych. Mieli sklep odzieżowy. Byli poważani w koszalińskim środowisku. Urszula Rowińska: – Miałam 19 lat i urodziłam córkę. Mąż miał 22. Pracował w koszalińskiej telekomunikacji, a ja mieszkałam jeszcze w Poznaniu. Żyliśmy na odległość. Przyjechałam z córką do męża dopiero wtedy, gdy mieliśmy gdzie zamieszkać. Jeszcze w Poznaniu uruchomiłam małą firmę, która zatrudniała dwie lub trzy kobiety. Dzień w dzień dziergałyśmy na drutach swetry dla Niemców – najpierw z moheru sprowadzanego dla mnie z Austrii, później z naszej polskiej wełny. Piękne to były swetry, koloru stalowego, a Niemcy pięknie płacili za rękodzieło. Za pieniądze męża i te, które zarobiłam, dziergając swetry, otworzyliśmy małą poligrafię, gdzie najpierw mieliśmy jedno ksero, a później cztery. Był rok 1987. Pamiętam, że mąż musiał pojechać do Warszawy, żeby w Wydziale Kultury dano mu zgodę na poligrafię. Trochę baliśmy się, bo Wiesław działał w „Solidarności”. Zgodę wydał nam minister. Byliśmy chyba pierwszym punktem ksero w Koszalinie. Na początku nikt nie przychodził, ludzie nie wiedzieli, co to ksero. Dopiero po kilku miesiącach zrobił się ruch. Kserowali urzędnicy, uczniowie, całe miasto. Zamarzyliśmy jeszcze o sklepie i w 1998 r. wynajęliśmy od Urzędu Miejskiego spory lokal przy ulicy Dworcowej. Po jakimś czasie okazało się, że Ratusz wprowadził nas w błąd, bo mimo ustnej obietnicy nie mieliśmy prawa do pierwokupu lokalu. A potem okazało się, że miasto wynajmowało lokal, choć nie było jego prawnym właścicielem, jak nam mówiono przy podpisywaniu umowy. Nie wiedzieliśmy, że w księdze wieczystej były wpisane prywatne osoby. Wtedy właśnie, zgodnie z radą prawnika, przestaliśmy płacić miastu czynsz – do czasu wyjaśnienia sprawy. Kiedy w 2002 r. Stanisław Gawłowski został wiceprezydentem, obiecywał nam pomoc, ale ta jego pomoc to wciągnięcie nas w jeszcze większe koszta. Miał w tym swój cel, chciał przejąć nasz hotel. Najpierw musiał nas doprowadzić do bankructwa. W tamtym czasie wyłożyliśmy jeszcze duże pieniądze na remont lokalu gastronomicznego. Nie spodziewaliśmy się, że nie dostaniemy koncesji na alkohol. Kiedy w końcu po wielu interwencjach dostaliśmy zgodę na alkohol, wypowiedziano nam umowę najmu restauracji. Straciliśmy pieniądze.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama

Kalendarz do archiwum

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31 1 2 3 4 5 6
10°C Poniedziałek
wieczór
10°C Wtorek
noc
11°C Wtorek
rano
10°C Wtorek
dzień
wiecej »

Reklama