Zmęczeni Kościołem

Ich zmęczenie nie jest wymysłem czy fanaberią. Jest faktem, z którym muszą się mierzyć samotnie każdego dnia.

Reklama

W mediach furorę robi kilkuletnia Amerykanka Abigail, która zapłakana skarży się, że ma dość Obamy i Romneya. Mówi, że jest nimi zmęczona. Ostatnio coraz częściej zdarza mi się spotykać (w realu i w sieci) polskich katolików, którzy doświadczają czegoś podobnego. Są zmęczeni Kościołem, do którego należą i który współtworzą. Z podobnym jak mała Abigail bólem i żalem, a czasami również ze łzami, próbują o tym mówić. Robią to niepewnie, przeświadczeni, że nie jest łatwo natrafić we wspólnocie Kościoła na kogoś, kto nie tylko szczerze się ich problemami zajmie, ale również spróbuje pomóc.

Ich zmęczenie nie jest wymysłem czy fanaberią. Jest faktem, z którym muszą się mierzyć samotnie każdego dnia.

Są zmęczeni Kościołem, w którym według ich rachunków, częściej słyszą o aborcji i in vitro, niż o zbawieniu przyniesionym przez Jezusa Chrystusa i powołaniu do szczęścia wiecznego. Żalą się, że męczy ich Kościół, w którym częściej są łajani i straszeni, niż otrzymują duchowe wsparcie i umocnienie w trudzie codziennego życia zgodnego z Ewangelią. Czują, że marnują siły na mimowolne (bo ich zdaniem nie sposób przed tym uciec) uczestnictwo w kłótniach, awanturach, podziałach. Są znękani presją, by jako katolicy, mieli takie, a nie inne stanowisko w sprawach przyziemnych i doczesnych, których nauczanie Kościoła dotyka w niewielkim stopniu, a może nawet wcale. Męczy ich to, co odbierają jako nieustanne wpychanie w szablon, w którym się nie mieszczą i narzucanie jednego sposobu przeżywania wiary oraz modelu pobożności.

Nuży ich dominacja skrajnych mniejszości nad szukającą złotego środka większością. Czują się zmęczeni wieloma na pozór drobnymi problemami życia we wspólnocie, które czynią je dla nich wręcz nieznośnym. Nie mają przekonania, że są w Kościele u siebie, jak w domu. Raczej mają poczucie, że są w nim jeśli nie wprost intruzami, to przynajmniej takimi mieszkańcami, którzy samą swoją obecnością innym przeszkadzają i zawadzają. Wzajemnie relacje w tym „domu” bardziej w ich oczach przypominają patologię niż normalne więzi międzyludzkie.

To wszystko sprawia, że dochodzą do granicy, do ściany, przez którą pragną się przebić. Mają dość bycia w takim Kościele. Marzą skrycie o swoistym „wyzwoleniu”, wyrwaniu się ze środowiska, a także ze struktur, które odbierają jako opresyjne, a nie oparte na miłości. Tęsknią do radości bycia katolikiem, uczniem Jezusa Chrystusa, dążącym wraz z innymi na spotkanie Boga twarzą w twarz, do udziału w Jego szczęściu.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • Beta
    08.11.2012 17:19
    Artykuł ze absolutnie trafny. I wdaje mi się że nie chodzi księdzu redaktorowi o niemówienie o aborcji eutanazji braku wychowanie chrześcijańskiego w Polskich rodzinach. A tak odbieram komentarze wielu czytelników pod tym artykułem. Nie chodzi też o to by w Kościele nie było radykalizmu ewangelicznego. Dokładnie odwrotnie. Moi znajomi zielonoświątkowcy ( tylko błagam nie piszcie żebym się do nich wyniosła-ja swoje miejsce w Kościele katolickim znalazłam) wyjechali do pracy za granicę. Początkowo było im bardzo ciężko i gdyby nie pomoc współwyznawców to pewnie by wrócili. Dopóki nie znaleźli mieszkania mieszkali kątem u jednego z nich. Dostali wsparcie zarówno materialne jak i duchowe. I tak jest wszędzie, gdziekolwiek by nie wyjechali, jeżeli na miejscu istnieje wspólnota zielonoświątkowców mogą liczyć na pomoc. A u nas? Ilu naprawdę wierzących katolików głodem przymiera (także tym duchowym) i nikt im z pomącą nie przyjdzie.
  • Anka
    09.11.2012 08:36
    Wreszcie ktoś zwrócił uwagę na takie zjawisko. Tylko aż się prosi, żeby coś z tym zrobić. Jak to zmienić? Czy to jednostka musi zmienić swoje podejście, czy to Kościół musi sobie przypomnieć, dokąd zmierza?
  • Marta
    09.11.2012 15:05
    Dziękuję Wam wszystkim, którzy się tu, w tej Jednej dyskusji wypowiadacie. Przywróciliście mi wiarę w mój kościół.
    To nie chodzi o to, żeby nie mówić o aborcji itp. Chodzi o to, żeby umieć mówić i słuchać. Żeby będąc katolikiem nie być oskarżanym o bezduszne krytykowanie i ocenianie.
    Najbardziej boli mnie właśnie medialna strona kościoła. Najlepszym przykładem jest wspomniany już Gość Niedzielny, który kiedyś bardzo chętnie czytałam. Boli mnie agresja w tekstach Franciszka Kucharczyka, która jakoś przywołuje mi na myśl biblijną modlitwę faryzeusza "Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak tamci grzesznicy".
    W tej sytuacji nie dziwią mnie ataki niektórych niewierzących, którzy z tym moim kościołem parafialnym - bardzo fajnym, nie mogli się do tej pory zetknąć.
  • yow
    09.11.2012 19:15
    tak, przyłączam się do bycia zmęczoną. moje zmęczenie osiągnęło już takie rozmiary, że Kościół jako instytucja stracił już wiarygodność. Słowa o powadze Kościoła w zderzeniu z np. pedofilią, ukrywaną i tuszowaną brzmią groteskowo i niepoważnie. Nie chodzę już do Kościoła. Nie wierzę w Boga którego kreuje Kościół. Taka instytucja nie może mieć racji... cytując kogoś: to taka instytucja, która wiecznie dobra pragnąc, wiecznie zło czyni
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    31 1 2 3 4 5 6
    10°C Wtorek
    noc
    11°C Wtorek
    rano
    10°C Wtorek
    dzień
    10°C Wtorek
    wieczór
    wiecej »

    Reklama