Wierzę, bez dyskusji

O mamie niezmuszającej do Różańca i czerstwych wierzących z o. Krzysztofem Oniszczukiem, gwardianem klasztoru o. franciszkanów w Miedniewicach, rozmawia Agnieszka Napiórkowska.

Reklama

O. Krzysztof Oniszczuk: – Wiara jest fundamentem i podstawą wszystkiego. I choć może niektórych to zdziwi, uważam siebie za człowieka dość liberalnego, w sensie społecznym, politycznym. Nie bardzo przejmuję się, czy to strona lewa czy prawa. Natomiast fundament wiary oparty na Ewangelii jest dla mnie tym czymś, co wyznacza kierunek wyborów. W moim przypadku, jako zakonnika, kapłana, jest też siłą do pracy, myślenia, wymyślania, tworzenia. Jest też troską o to, żeby człowiek, z którym się spotykam, miał szansę i możliwość bycia z Panem Bogiem, czy przybycia do Pana Boga.

To znaczy, że jest ona ważna i konieczna do życia.

– Moi znajomi nieraz mówią, że zazdroszczą mi wiary. A ja się temu dziwię. Oni zazdroszczą mi prostego podchodzenia do wiary. Tego, że mimo iż studiowałem teologię, nie poodejmuję dysput teologicznych na temat dogmatów. Być może wynika to z wychowania w rodzinie, z przykładu mojej mamy i z wewnętrznego przekonania. Przyjmuję wszystko, bo tak powiedział Pan Bóg. I koniec. Nie widzę nawet sensu dociekania tego. A rozumem staram się na tyle, na ile potrafię, w tym trwać i realizować to w życiu.

To trochę niesamowite. Wykształcony duchowny, który zjeździł świat, pracował w mediach, nie docieka, tylko tak jak pierwsi ojcowie stwierdza: tak powiedział Bóg i koniec.

– Trzeba spojrzeć na dwie rzeczy. Pierwszą jest wiara, czyli moje wewnętrzne przekonanie do sensu życia i jego celu. Drugą zaś, jak ja to praktycznie realizuję. Czyli jak rozmawiam z drugim człowiekiem, jak się z nim spotykam. Co ciekawe, przyjmując taką wiarę, łatwiej jest być otwartym na tych, którzy się pogubili. Łatwiej ich przyjąć, gdy żałują, a nie skazywać na piekło. Wierząc w Boże miłosierdzie, z wielką przyjemnością udzielam w konfesjonale rozgrzeszenia. Podobnej postawy uczę się w życiu. Denerwują mnie jedynie swoiści krzykacze, którzy kontestują wszystko dla podsycania emocji, bez patrzenia na dobro.

Nigdy nie stronił też Ojciec od osób poszukujących, czy, jak to się mówi, letnich?

– Ja mam taką przypadłość, że nie trawię ludzi fałszywie nabożnych. Bez względu na to, czy są to osoby świeckie czy duchowne. Jak się modlimy, to mamy się modlić. Absolutnie nie trawię manifestacji pokazującej, że to ja jestem ten lepszy, wierzący i prawie święty, któremu trzeba się kłaniać. Z praktyki życia wiem, że „święci pokazowi”, jak ich nazywam, to często ludzie bardzo trudni dla swoich rodzin i najbliższych. Nie są też dla ludzi wierzących dobrymi ambasadorami. W tej roli wolimy czerstwego wierzącego, który się pomodli, a potem pójdzie i będzie człowiekiem do rany przyłóż, który nie będzie wiele mówił o Bogu, ale zaświadczy o Nim swoim postępowaniem. Sam chciałbym taki być.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    31 1 2 3 4 5 6
    2°C Piątek
    rano
    5°C Piątek
    dzień
    6°C Piątek
    wieczór
    3°C Sobota
    noc
    wiecej »

    Reklama