Rzeź w Bieszczadach

Ostatnie 20 kilometrów biegnie się już bardziej umysłem niż ciałem. O ile ciało wytrzyma wcześniejsze 60 kilometrów. Od 10 lat setki zdrowych wariatów z całej Polski ciągną na bieszczadzki Bieg Rzeźnika.

Reklama

Biegniemy niezależnie od pogody – czytam SMS od Mirka Bienieckiego, organizatora biegu. Dzień przed imprezą prognozy są nieciekawe: silne burze i ulewy, zimno. Nie po to jednak bieg nosi tak jednoznaczną nazwę, by jego uczestnicy mieli poddać się jeszcze przed startem. I chyba w nagrodę za determinację okazuje się, że prognozy pogody nie sprawdzają się prawie w ogóle. Tuż przed 3 w nocy deszcz ustaje. Ale pozostaje błoto i na pierwszym etapie do przebiegnięcia rzeczka sięgająca powyżej kolan. Im więcej jednak takich dodatków, tym weselej – mówią „rzeźnicy”.

Jest daleko

Do Komańczy dojeżdżamy przed godz. 2 w nocy. Leje bez przerwy. Nic nie wskazuje na to, że zaraz zacznie się tutaj morderczy bieg do Ustrzyk Górnych – ani śladu uczestników, żadnych samochodów. Godzinę później deszcz ustaje, szosa wypełnia się samochodami i autokarami. A na starcie rozgrzewa się już prawie 820 biegaczy. Pobiegną w parach. Taka jest tradycja tego biegu.

Poza tym – tak jest bezpieczniej. W wielu miejscach brakuje zasięgu. Gdyby ktoś skręcił nogę, minęłoby sporo czasu, zanim dowlókłby się do miejsca, gdzie można nawiązać połączenie. Z partnerem raźniej. Są drużyny koedukacyjne, a także jednopłciowe. Uczestnicy pochodzą z całej Polski. Z numerem 409 startują Krzysztof z Łodzi i Daniel z Katowic – znają się z innych rajdów, teraz przyjechali w Bieszczady, na najtrudniejszy bieg tego typu w Polsce. – To taka chęć oderwania się od codzienności – mówią. – Faktem jest, że ludzie potem jakoś tak dziwnie chodzą – śmieją się. Jedna para nie dojechała, tylko… przybiegła sobie z Bielska-Białej, z małymi plecaczkami. Zajęło im to kilka dni. Teraz też biegną. Wszyscy są podekscytowani, żywo dyskutują o czekających ich trudnościach, zwłaszcza ci, którzy już znają tę trasę. – Jest daleko! Uważajcie na siebie! – woła Mirek Bieniecki, który za chwilę strzałem ze strzelby da sygnał do startu. Jest 3.30.

Historia jednego zakładu

A zaczęło się od… zakładu o piwo. Trzon ekipy organizatorów to doświadczeni biegacze z Gliwic, z klubu OTK „Rzeźnik”. – Szliśmy kiedyś z plecakami przez góry, z Komańczy do Ustrzyk Górnych, jakieś 4 dni – opowiada Mirek Bieniecki. Jedziemy autem na pierwszy przystanek biegu, znajdujący się na przełęczy Żebrak, ok. 16 km od startu. Jeszcze 10 lat temu był w kadrze polskiej juniorów w biegach średnich. – I jak usiedliśmy sobie przy piwie po 4 dniach, popatrzyłem na mapę i powiedziałem, że jak się uprzeć, to tę trasę można pokonać w jeden dzień bez plecaka. A towarzystwo w śmiech, poza jednym kolegą. Założyliśmy się z resztą ekipy o piwo. I jak już doszło do tego, że trzeba było albo stawiać, albo biegać, to pobiegliśmy – opowiada. I wygrali – najszybsi (a startowało 10 osób) przebiegli mniej więcej 78-kilometrową trasę w niespełna 12 godzin. Dziś cała impreza wymaga dużej sprawności logistycznej. Kiedyś brało się parę butelek wody i podawało ludziom. Teraz trzeba wziąć tysiąc litrów wody. Napoje czekają na zawodników w kilku punktach trasy. Jest personel medyczny.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama

Kalendarz do archiwum

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9
6°C Czwartek
noc
5°C Czwartek
rano
10°C Czwartek
dzień
11°C Czwartek
wieczór
wiecej »

Reklama