Robię swoje

O pierwotnej miłości, uwielbieniu i cenie, jaką płaci jazzman, który spotkał Jezusa, Z Joachimem Menclem

Reklama

Marcin Jakimowicz: Jak wam – czterem muzycznym indywidualnościom – udaje się grać w New Life’m od ponad 20 lat i nie pozabijać się?

Joachim Mencel: Mieszkamy daleko od siebie, więc rzadko się widujemy. To tajemnica sukcesu. (śmiech) A poza tym – to ważne – mamy zasadę, która funkcjonuje niemal od początku istnienia zespołu: o koncercie, który właśnie zagraliśmy, rozmawiamy dopiero następnego dnia.

By nie dopuścić do słownych przepychanek, pyskówek?

To bardzo oczyszcza atmosferę. Pozwala nam uniknąć wielu emocjonalnych wyznań, których na drugi dzień bardzo byśmy żałowali. Bo my mamy w zespole pewien nawyk: nieustannie „się punktujemy”. Mówimy sobie prawdę bez ogródek. Bez taryfy ulgowej.

To „grozi śmiercią lub trwałym kalectwem”. Jak potem spojrzeć kumplom w oczy i uniknąć gniewu, rozdrapywania ran?

Wiesz, my tego samego dnia już się na siebie nie gniewamy. (śmiech) Nad naszym gniewem nie zachodzi słońce. Naprawdę, ogólnie nie gniewamy się na siebie. Takie mamy założenie…

I działa?

Działa. Bo my – widzę to coraz wyraźniej – jesteśmy jak bracia. Na co dzień obserwuję, jak krytykują się moje własne dzieci. To dopiero masakra. (śmiech)

Tyle że dzieci – jak powtarza Józef Broda – pobiją się do krwi, ale pięć minut później ganiają razem po łące…

A my jesteśmy dokładnie tacy sami! Jak dzieci. Myślę, że potrafimy przyjmować prawdę o sobie, bo każdy z nas wie, że jest w tym zespole w 100 proc. akceptowany. Ufamy sobie.

Akcja ewangelizacyjna Mariacka Bless Night w Katowicach. Jak gra się na ulicy przy setkach ludzi sączących piwo, którzy nie mają najmniejszego zamiaru słuchać waszej opowieści o Jezusie?

A jednocześnie pod sceną świetnie bawi się spory tłum, a mnóstwo osób przychodzi po to, by się modlić… Taki jest świat. To jakaś o nim prawda. Każdy jest w innym miejscu. Jedni chcą cię słuchać, inni nie. To normalne. Nie trzeba się na to obrażać. Ja unikam, jak mogę, kategoryzowania: to jest muzyka ewangelizacyjna, to uwielbieniowa, to poezja śpiewna, a to piosenka autorska. Jestem przeciwny szufladkom. Są potrzebne chyba jedynie sklepom muzycznym. Albo muzyka jest dobra, albo zła. Albo do mnie przemawia, albo nie. To jedyne kryterium. Nie nalepki…

Nie buntujesz się, gdy nazwisko „Mencel” ląduje na półce „muzyka chrześcijańska”, a nie „jazz”?

Nie buntuję się, bo to, co robię, jest tak wielowymiarowe, wielopłaszczyznowe, że absolutnie wymyka się z szufladek. Jeśli ktoś chce mnie wstawić tylko do jednej, to mu się nie uda. Weźmy ostatnią płytę „Sing Cuckoo” mojego zespołu El Greco. Przecież to i jazz, i poezja śpiewana (Jorgos Skolias śpiewa wiersze), i muzyka klubowa (gra DJ Krime), i drapieżność rocka, i R’n’B. Jeden wielki kocioł, tygiel. Po co to szufladkować? A na przykład w duecie z Bradem Terrym gram zupełnie inny, bo balladowy i akustyczny jazz. „Transitus” – moje oratorium o św. Franciszku – widziałem na półce z muzyką klasyczną.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    12 13 14 15 16 17 18
    19 20 21 22 23 24 25
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    4°C Poniedziałek
    noc
    4°C Poniedziałek
    rano
    3°C Poniedziałek
    dzień
    4°C Poniedziałek
    wieczór
    wiecej »

    Reklama