Afryka w Ameryce

Marlene zawsze bardzo chciała pracować na Czarnym Lądzie. Nie przypuszczała jednak, że swoją Afrykę znajdzie tutaj, w Bogocie.


Reklama

Przedmieścia wielkich metropolii Ameryki Łacińskiej zwykle wyglądają podobnie. Przylegające do wzgórz, piętrzące się jeden na drugim prowizoryczne domy, zbudowane na dziko z pustaków, blachy falistej i drewnianych belek, są schronieniem dla najbiedniejszych. To miejsca, w które lepiej nie zapuszczać się samemu, zwłaszcza z drogim aparatem czy innym elektronicznym sprzętem. Periferias bywają bowiem także siedliskiem świata przestępczego. Oprócz drobnych złodziejaszków żyją tu np. handlarze narkotyków – o ich obecności informują trampki powieszone obok domu na drutach wysokiego napięcia. Ale jest też wielu ludzi uczciwych, którzy nie dostali szansy na lepsze życie od własnego państwa. Starają się żyć godnie w świecie spychającym ich na margines miasta. 


Żywioł Los Afro


W niedzielne przedpołudnie Altos de Cazucá, przedmieścia Bogoty, przypominają raczej wesołe miasteczko niż dzielnicę grozy. Gwar jak w ulu, niemal z każdego domu dochodzą dźwięki latynoskiej muzyki, a po ulicach biega mnóstwo dzieci. Czujemy się bezpiecznie, zwłaszcza że towarzyszą nam osoby, które dobrze znają to miejsce: brat Tomasz Basiński, kombonianin, i Marlene Torres Cañon, nauczycielka w szkole dla dorosłych, funkcjonującej w Altos de Cazucá od trzech lat. – Kiedy byłam mała – opowiada Marlene – przeczytałam w komboniańskim piśmie dla dzieci „Aguiluchos” [Orlątka – przyp. Sz.B.] artykuł o Afryce i zapragnęłam tam w przyszłości pracować. Nie przypuszczałam wtedy, że swoją Afrykę znajdę tutaj, w Bogocie. 
Szkoła, założona przez włoskiego kombonianina, brata Marco Binaghiego, z zewnątrz nie różni się niczym od innych budynków tutejszego barrio. To zwykły barak, który w środku podzielono prowizorycznymi ściankami, by umożliwić równoczesne prowadzenie kilku lekcji. Do szkoły uczęszczają głównie potomkowie czarnych niewolników, sprowadzonych z Afryki. Niektórzy uczą się tu czytać i pisać, inni poznają np. podstawy angielskiego. Nauczycielami są przeważnie katoliccy wolontariusze, którzy chcą przekazać swoim uczniom nie tylko wiedzę, ale też wartości i styl życia. – Dzięki szkole łatwiej jest znaleźć pracę. To także szansa na zmianę środowiska i podzielenie się z innymi trudnymi przeżyciami – tłumaczy Marlene.
Gdy dorośli mają swoje lekcje, dzieci mogą korzystać ze świetlicy prowadzonej przez siostry ze Zgromadzenia Najświętszego Serca Jezusa. Zaglądamy tam i... wpadamy w sam środek żywiołu. Małe Afrokolumbijki z misternie zaplecionymi warkoczykami koniecznie chcą nam zaprezentować tańce z Wybrzeża. Trzęsą biodrami i gną się do rytmu, wybijanego na bębnach większych od nich samych. Potem skandują hiphopowy tekst, gestykulując jak rasowi raperzy. Na koniec niczym zawodowe modelki pozują do zdjęć. Większość z nich ubrana jest na różowo. Trzeba przyznać, że ładnie im w tym kolorze.


Bratobójcze walki


Los Afro to najuboższa i najbardziej dyskryminowana klasa społeczna w Kolumbii. Wielu z nich musi uciekać z departamentu Chocó na wybrzeżu przed toczącymi się tu bratobójczymi walkami. Sytuacja w kraju jest bowiem bardzo napięta od kilku dziesięcioleci. Założone w 1964 r., jako skrzydło Kolumbijskiej Partii Komunistycznej, FARC (Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii) terroryzują mieszkańców niektórych regionów tego kraju, porywając i mordując niewinnych ludzi. FARC zwalczane są przez oddziały paramilitarne, powiązane ze światem narkotykowym, które również dokonują zbrodni na zwykłych mieszkańcach. Rząd oficjalnie nie popiera tych oddziałów, jednak trudno nie zauważyć przyzwolenia, z jakim działają wrogowie partyzantki. Tajemnicą poliszynela są związki paramilitares z kolumbijskim wojskiem. Zdarza się, że do wiosek przychodzą wojskowi, sugerując miejscowym, że grozi im niebezpieczeństwo, jeśli nie opuszczą swoich domostw. Po dwóch tygodniach te same osoby, przebrane w inne mundury, dokonują rzezi. 
Walki toczą się o kontrolę nad strategicznymi zasobami, takimi jak ropa naftowa, banany czy kokaina. Strony konfliktu zmieniają położone w głębi kraju osady w bazy wojskowe, wyrzucając mieszkańców z domów i pozostawiając ich na pastwę losu. Do walk wciągane są także małe dzieci, najczęściej pochodzące z mniejszości etnicznych. 
Wciśnięci między zwalczające się oddziały mieszkańcy Chocó nie mogą liczyć na pomoc policji czy wojska. Uciekają więc w inne części kraju. Część z nich znajduje schronienie właśnie na przedmieściach Bogoty, choć i tu nie zawsze czują się bezpiecznie. Zdarzają się bowiem tzw. czystki społeczne. Grupy paramilitarne najeżdżają nocą peryferia i zbierają chłopaków błąkających się po ulicach. Zwykle ślad po nich ginie. Czasem tylko martwe ciało któregoś z nich znajdzie ktoś w innej dzielnicy.


«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama

Kalendarz do archiwum

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9
7°C Sobota
rano
10°C Sobota
dzień
11°C Sobota
wieczór
9°C Niedziela
noc
wiecej »

Reklama