Czas wielkiej próby

Aresztowania, tortury, przesłuchania. O represjach wobec duchowieństwa w czasach komunizmu wciąż nie wiemy wszystkiego.

O skali i formach represji wobec duchowieństwa w czasach komunistycznych dyskutowano w listopadzie w Krakowie w trakcie międzynarodowej konferencji naukowej „Życie codzienne osób duchownych i zakonnych w miejscach odosobnienia w Europie Środkowo-Wschodniej (1944/45–1989), zorganizowanej przez oddział krakowski IPN. – Wiemy już wiele na temat represji wobec osób duchownych i zakonnych w Polsce Ludowej, ukazało się kilkaset publikacji naukowych na ten temat, jednak wiedza o życiu codziennym tych osób w miejscach odosobnienia wciąż jest niedostateczna – twierdzi prof. Filip Musiał, wykładowca Akademii „Ignatianum”, pracownik IPN.

Siostra Abudancja tkała swetry

Doktor Lucyna Rotter, historyk z UPJPII, swoje wystąpienie na temat życia mniszek benedyktyńskich z opactwa w podkrakowskich Staniątkach na wygnaniu w klasztorze bernardynów w Alwerni zatytułowała „Codzienna »niecodzienność«”. Bo niedobrowolne osiedlenie w latach 1954–1956 w klasztorze przeznaczonym dla zupełnie innej wspólnoty zmuszało mniszki do życia w warunkach, gdzie nie mogły w pełni kontynuować swoich tradycji zakonnych. Wygnańcze życie mniszek opisuje zachowana w archiwum benedyktynek „Kroniczka podręczna”.

„Dnia 29 lipca 1954 r., we czwartek wzywa nas Dobrodzika Panna Ksieni do swojego pokoiku i oświadcza zgromadzeniu, że obecny rząd »patriotów« każe nam w ciągu dni dwóch opuścić klasztor w Staniątkach i przenosi nas do Alwerni, do klasztoru ojców bernardynów, wysiedlonych już wcześniej do Kalwarii. (...) Wrogowie zakonu dopięli swego, uważali bowiem zakonne osoby za próżniaki, darmozjady, bo wespół z nimi nie pracowały wywrotowo” – zapisano w „Kroniczce”. Była to część osławionej „Akcji X-2”, w trakcie której władze komunistyczne brutalnie przesiedliły półtora tysiąca zakonnic z województw: katowickiego, opolskiego i wrocławskiego do obozów pracy utworzonych m.in. w klasztorach na południu Polski. Siostry ze Staniątek musiały więc zwolnić miejsce, w którym przymusowo osadzono inne zakonnice. – W momencie przesiedlenia benedyktynek została zachwiana wartość dla nich podstawowa, to jest stałość miejsca. Zostały wyrwane z miejsca, w którym kolejne pokolenia mniszek przebywały przez lat 700 – mówi krakowska badaczka. „Po 50 latach opuścić musiałam to drugie gniazdo rodzinne – klasztor staniątecki. Wiele sióstr zalewało się łzami. Ja ani na jedną się nie zdobyłam. Pan Bóg dodawał sił” – pisała autorka „Kroniczki”. Benedyktynki zostały wprawdzie osadzone w klasztorze, ale zupełnie dla nich nowym, innym, który był zbudowany dla wspólnoty o całkowicie innym charyzmacie, duchowości i działalności. Były kłopoty z klauzurą, siostry nie były w stanie obchodzić świąt charakterystycznych dla duchowości benedyktyńskiej, z konieczności uczestniczyły natomiast w świętach franciszkańskich obchodzonych przez bernardynów. – Mniszki starały się żyć normalnie, zgodnie ze swą dewizą „Ora et labora”. Robiły to, co było wówczas możliwe. Nie mogły prowadzić szkoły, którą niegdyś prowadziły w Staniątkach, a która została zlikwidowana przez władze komunistyczne. Pozostały im więc prace ręczne. Gotowały, szyły, haftowały. W „Kroniczce” podano szczegółowo, która siostra czym się na wygnaniu zajmowała: „Cerowaniem skarpet dla ojców, ochotnie, wesoło, zajmowała się siostra Maura. Siostra Abudancja tkała swetry i inne odzienie, na szydełku i na drutach”. Siostry opiekowały się również kościołem, grały na organach – opowiada Lucyna Rotter. W grudniu 1956 r. benedyktynki mogły wrócić do Staniątek. Przez jakiś czas musiały mieszkać w swym klasztorze z przesiedlonymi tu niegdyś służebniczkami śląskimi. – Mogło się wydawać, że nie było żadnych następstw 2,5-letniego wygnania. Benedyktynki wciąż bowiem są w Staniątkach. Wygnanie na tyle zachwiało jednak stabilnością opactwa, że skutki odczuwane są do dziś. Nie odrodziła się szkoła benedyktynek. Na dobrą sprawę siostry nie wróciły do swej świetności – podsumowuje L. Rotter.

Przesłuchiwali bez przerwy

Inne formy przymusowego wyrywania ze wspólnoty były bardziej brutalne. – 94-letniego dziś, żyjącego w konwencie w Sanoku, franciszkanina o. Andrzeja Deptucha po aresztowaniu w 1948 r. w Krakowie pod zarzutem udziału w siatce podziemia niepodległościowego wywieziono do Wrocławia, a potem maltretowano w śledztwie, bijąc i stosując tzw. konwejer, czyli wielodobowe przesłuchania bez przerw – mówi dr Wacław Szetelnicki z Legnicy. Skazany na 6 lat więzienia, starał się regularnie modlić. „Codziennie rano, gdy tylko mogłem, stawałem w kącie i odmawiałem zapamiętany kanon Mszy św.” – wspominał o. Deptuch.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 1 2 3 4 5
    6 7 8 9 10 11 12
    13 14 15 16 17 18 19
    20 21 22 23 24 25 26
    27 28 29 30 31 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    25°C Środa
    dzień
    25°C Środa
    wieczór
    21°C Czwartek
    noc
    16°C Czwartek
    rano
    wiecej »