Tajemnice okrągłego mebla

Dlaczego wspomnienie o Okrągłym Stole nie wzbudza entuzjazmu Polaków?

Reklama

Mija ćwierćwiecze od rozpoczęcia rozmów przedstawicieli solidarnościowej opozycji z komunistyczną władzą. To było dokładnie 6 lutego 1989 roku.  Jeszcze w 15. rocznicę rozpoczęcia rozmów prezydent Aleksander Kwaśniewski próbował wykreować ten dzień na święto polskiej demokracji, obchodzone zgodnie przez polityków z lewa i prawa. Niewiele z tego wyszło. Zbyt jawna była w tym chęć pokazania postkomunistów jako równoprawnych ojców polskiej wolności. Jeśli już jakaś data z 1989 roku została zaakceptowana jako symboliczny początek końca PRL, to raczej wybory 4 czerwca. Polacy nie mają serca do Okrągłego Stołu, choć co rusz liczni publicyści bronią jego dokonań. Czy chłodny stosunek do tego epizodu z najnowszych dziejów Polski ma głębsze powody?

W pałacu władzy

Rankiem 6 lutego 1989 roku w Warszawie padał kapuśniaczek – drobny, ale uciążliwy deszcz. W budynku Wydziału Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego przy ulicy Karowej zgromadził się kwiat solidarnościowej opozycji. Lech Wałęsa, Bronisław Geremek, Tadeusz Mazowiecki byli otoczeni rojem zachodnich korespondentów.

Rzucała się w oczy przewaga intelektualistów i naukowców nad robotnikami.  Na  26 osób wytypowanych przez Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie do udziału w inauguracji rozmów było tylko 9 działaczy robotniczych.  Pod płotem Pałacu Namiestnikowskiego na Krakowskim Przedmieściu na Wałęsę i innych członków delegacji czekały setki mieszkańców Warszawy. Liderów opozycji witano oklaskami i kwiatami. Pamiętam, jak sam przyklejony do pałacowego płotu obserwowałem 26-osobową grupę idącą pustym placem do siedziby władzy. W tłumie dominowała obawa, że „nasi” zostaną wykorzystani i wyprowadzeni w pole. Nikt nie brał pod uwagę, że „nasi” tak szybko się podzielą na tle stosunku do „czerwonych”.

Odpoczynek po długim biegu

Tych rozmów by nie było, gdyby nie dwie fale strajków – w maju i sierpniu 1988 roku. Pierwszy, dość spontaniczny protest wybuchł w gdańskiej stoczni im. Lenina w maju 1988 r., ale nie wywołał żadnych reakcji władz, choć pozwolił Wałęsie wrócić na polityczną scenę. Drugi, w sierpniu tegoż roku, był przygotowany znacznie lepiej i objął oprócz Gdańska także liczne kopalnie na Górnym Śląsku i w Zagłębiu Wałbrzyskim.  Po burzliwym plenum KC PZPR władze zaproponowały wreszcie „Solidarności” rozmowy przy okrągłym stole. Sama propozycja padła w czasie spotkania Lecha Wałęsy z gen. Czesławem Kiszczakiem, o którym nie wiadomo do dziś zbyt wiele. Wałęsa, mimo obietnic, że tylko wysłucha propozycji władzy i przyjedzie do stoczniowców je rozważyć,  sam podjął decyzję o przyjęciu propozycji szefa MSW. Strajkujących w stoczni postawił wobec faktu dokonanego, lekceważąco dodając, że on już zdecydował, a oni jeśli odrzucają rozmowy, to mogą strajkować dalej. Młodzi radykałowie chcieli strajkować dalej, ale ich bardziej rozważni koledzy wskazywali, że poza Śląskiem kraj nie podjął protestu. Decyzja zapadła – opozycja zaczęła przymierzać się do rozmów z władzą. Czy na przełomie lat 1988 i 1989 można było ocenić, jak silny wciąż jest komunizm? Ta kwestia budzi do dziś bardzo gorące kontrowersje. „Solidarność”, która od początku stanu wojennego wzywała władze do dialogu, została po latach uchwycona za słowo i postawiona wobec wizji negocjacji. Ale to była nieporównanie słabsza organizacja niż ta, która w karnawale 1980–1981 rozmawiała z władzami PRL  jak równy z równym. Owszem, związek przetrwał 6 lat prześladowań, ale był już bardziej ruchem opozycyjnym niż związkiem zawodowym. W 1987 r. Lech Wałęsa powołał komitet obywatelski, skupiający głównie pisarzy, naukowców i przedstawicieli środowisk twórczych. Politycy spoza lewicy solidarnościowej byli tam do policzenia na palcach jednej ręki. Formalnie było to ciało doradcze przy przewodniczącym „Solidarności”. A jednak nie użyto nazwy Komitet Obywatelski przy NSZZ „Solidarność”. Istniejące wciąż władze podziemnego związku zaczynały być szybko spychane na boczny tor.  Nieformalnym liderem KO był Bronisław Geremek, który zyskiwał na fakcie, że Komitet zrzesza głównie naukowców i ludzi z warszawskiego salonu opozycyjnego. W komitecie rzucała się w oczy mała reprezentacja środowisk prawicy i katolików o innej wrażliwości niż linia „Tygodnika Powszechnego”. A w jakim stopniu Komitet reprezentował szeroki ruch „Solidarności” z lat 1980–1981?  Trwanie związku w podziemiu ułatwiło Wałęsie odsunięcie na bok tych działaczy, z którymi walczył przed 13 grudnia 1981 r. o przywództwo –  Andrzeja Gwiazdę, Mariana Jurczyka czy Jana Rulewskiego. Także strajki z 1988 r. pokazały, że liderzy z 1981 r. nie chcą dopuścić do władz „Solidarności” nowych przywódców strajkowych, takich jak zapomniani dziś Andrzej Szewczuwaniec z krakowskiej Huty Lenina, Jan Stanecki czy Jan Górczak z gdańskich stoczni. Na bok zepchnięto wreszcie „radykałów”, czyli „Solidarność Walczącą” czy Konfederację Polski Niepodległej. Silnym argumentem „starych”, czyli Wałęsy, Bujaka czy Frasyniuka, za podjęciem szybkich rozmów z władzą był gwałtowny rozpad gospodarki. Już ciszej wskazywano na to, że społeczeństwo nie wykazuje chęci do żadnej rewolty i trzeba mierzyć siły poparcia społecznego na polityczne zamiary. Gorzej, że szybko rozmowy z władzą stały się dla negocjatorów „Solidarności” celem samym w sobie, a zarówno władza, jak i Wałęsa zgodnie zaczęli przestrzegać się przed wzrostem siły solidarnościowych radykałów. Rozmowy w Magdalence, które trwały jesienią 1988 r., długo nie przynosiły zbyt wiele oprócz pierwszych niepokojących oznak fraternizacji solidarnościowej lewicy z wysłannikami władzy.  Już wtedy część działaczy „Solidarności” niepokoiło tak szybkie tempo łamania lodów z ekipą mającą na rękach krew górników z „Wujka”.  „Radykałowie” wskazywali też na jawne sygnały z Moskwy, że Kreml pozostawia Jaruzelskiego samemu sobie. Ale te głosy odrzucano. W obozie Wałęsy powstał dogmat, że od rozmów nie wolno odstępować za wszelką cenę. W końcu po prawie pół roku wątpliwości Jaruzelski dał sygnał do rozmów „na serio”. Już w trakcie negocjacji w Magdalence Kościół, zaproszony do rozmów jako pośrednik, przyjął politykę unikania wpływania na linię negocjatorów strony opozycyjnej. Przedstawiciele episkopatu  – ks. Bronisław Dembowski, bp Janusz Narzyński i ks. Alojzy Orszulik – pełnili rolę obserwatorów, a nie rozgrywających.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • kogito
    06.02.2014 08:53
    Czy kiedykolwiek w oszukanym budziło entuzjazm to oszukanie?
  • Jacek
    08.02.2014 15:59
    Tendencyjny, jak zwykle u tego autora artykuł-komentarz. Może jako wszystkowiedzący dziennikarz ustali czy L.Kaczyński uczestnik rozmów nie tylko przy okrągłym stole, ale również w Magdalence reprezentował "radykałów" czy "solidarnościową lewicę"?
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    31 1 2 3 4 5 6
    7 8 9 10 11 12 13
    14 15 16 17 18 19 20
    21 22 23 24 25 26 27
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10
    -1°C Poniedziałek
    noc
    -2°C Poniedziałek
    rano
    -1°C Poniedziałek
    dzień
    0°C Poniedziałek
    wieczór
    wiecej »

    Reklama