Jak naczynia połączone

O przyjaźni z Bogiem i ludźmi, o poezji bez mędrkowania z ks. Antonim Gabrelem, salezjaninem, autorem wielu tomików wierszy i prozy, misjonarzem, dawnym duszpasterzem akademickim w Łodzi, rozmawia Agnieszka Małecka.

Reklama

Agnieszka Małecka: W wierszu „Ksiądz”, czytamy, że kapłan ma odpowiadać na „oczekiwania aniołów i wielbłądów”, słowem wszystkich... A on chce po prostu „do domu razem z nimi biec”... Ksiądz-poeta – to trudna rola?

Ks. Antoni Gabrel: Nie poczuwam się jakoś specjalnie do bycia przewodnikiem, nie czuję się do tego uprawniony. Natomiast to, co piszę, to jest takie dzielenie się własnym doświadczeniem. Mam raczej taką świadomość, że ja się z nimi wychowywałem – z młodzieżą szkolną, czy ze studentami, gdy byłem ich duszpasterzem. Podobnie na misjach w Hondurasie – nie miałem takiego przekonania, że przyjechałem, by nagle nawracać świat. Kiedyś zapytano mnie tam, dlaczego nie mówię do młodych ludzi, że są biedni. Odpowiedziałem, że przecież oni o tym wiedzą i nie ma powodu, by ciągle ten fakt przypominać. Natomiast razem z nimi próbujemy jakoś żyć w tej rzeczywistości i znaleźć jakieś rozwiązania.

Czytając Księdza poezję, czuje się, że jej Autor kocha ludzi...

Nie mam powodu, by mieć do ludzi jakieś pretensje. Ja bym powiedział, że w ogóle nie doświadczyłem w życiu jakichś nieprzyjaznych gestów, ani tutaj, ani na misjach. W relacjach sprowadza się ta prawda do doświadczenia naczyń połączonych. Jeśli druga część zaczyna się napełniać octem i żółcią, to dzieje się coś niedobrego. Jeśli miałem raz nieprzyjemne wydarzenie, że ktoś mi ubliżył, to cenię to sobie jako przestrogę. Ja przebaczyłem dosyć szybko, ale widzę, że coś zostaje. Dlatego ostrzegam też innych, że to nie jest dobra droga. Nawet jeśli komuś ubliżyłem i mi wybaczy, to zostanie jakaś rdza, coś niedobrego, co narasta.

Ksiądz mówi, że nie czuje się mentorem. A jednak uczy Ksiądz wiary poprzez swoje wiersze.

Traktuję to jako część mojego powołania – na ambonie głoszę kazania, spowiadam w konfesjonale i piszę. Pisanie to wcale nie mała cząstka w moim życiu.

Uderzyły mnie słowa z wiersza „Twoja duma”: „Nie chwal się swoją niewiarą, to poważna choroba”. Napisane zostały 10 lat temu, a stają się coraz bardziej aktualne.

Myślę, że tak właśnie jest. Ja jestem pod wrażeniem tej trójki na Golgocie – Pan Jezus w środku i dwóch łobuzów po bokach. Jeden jeszcze zmądrzał, ale drugi w dalszym ciągu gra chojraka; jest dumny z tego, że był łobuzem. I w ten sposób przegrywa ostatnią szansę. To jest tragiczne, ale jest to też przestroga. Czytałem niedawno, że sakrament bierzmowania to pożegnanie młodego człowieka z Kościołem. Pomyślałem wtedy o swojej młodości, gdy też miałem jakieś opory i wątpliwości w wierze. Wtedy panowała propaganda socjalistyczna, która głosiła, że Kościół jest przeciwny zmianom społecznym. Zgłosiłem się z tym do jednego księdza, a on to zbagatelizował. Ja od tamtej pory wiem, że nie można traktować ludzkich wątpliwości jako czegoś niepoważnego, chociaż obiektywnie rzecz biorąc – mogą być drobne.

Ma Ksiądz sentyment do młodych ludzi i do małżeństw. W wierszach tomiku „Bumerang miłości” pojawiają się takie subtelne przypomnienia, że miłość to dawanie.

Ja w ogóle nie lubię mówić o miłości, bo to jest dziś taki worek, do którego wszystko się wrzuca. Jest jednak takie niebezpieczeństwo, które zagraża małżonkom, kiedy oczekuje się, jaki ma być mąż, albo jaka ma być żona. Co ma mi dać. Na drugi plan natomiast schodzi to, że to ja mogę coś dać z siebie i radować się z kimś; że można uszczęśliwić tę drugą osobę. Jeśli oczekuję, że ktoś będzie na moich usługach, to będzie sytuacja w pewnym sensie przegrana.

Jesteśmy w domu zaprzyjaźnionego z Księdzem płockiego małżeństwa, państwa Mejerów, dawnych wychowanków z Duszpasterstwa Akademickiego „Węzeł” w Łodzi. Czy te relacje z tamtych czasów są dla Księdza ważne?

Ja uważam to za dar Pana Boga. Nie mam już najbliższej rodziny, rodzice odeszli dawno, a młodszy brat całkiem niedawno „odmaszerował” sobie. Teraz moja rodzina i przyjaciele zlewają się w jedno. Raz, dwa razy do roku, na święta wysyłam taki dwustronicowy list, „okólnik” (śmiech), bo piszę do wszystkich z tamtego środowiska. To jest takie oddziaływanie wzajemne. Ja cieszę się, że chcieli być ze mną i zaakceptowali mnie takim, jakim jestem.

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| KOŚCIÓŁ

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    31 1 2 3 4 5 6
    10°C Wtorek
    noc
    11°C Wtorek
    rano
    10°C Wtorek
    dzień
    10°C Wtorek
    wieczór
    wiecej »

    Reklama