Świadek

Pracował dla NASA, deklarując się jako ateista. Potem to on opowiedział o Jezusie Fidelowi Castro. Odszedł jeden z najwybitniejszych umysłów Kościoła za oceanem, przyjaciel Jana Pawła II i don Giussaniego.

Kiedy nad amerykańskim Kościołem przeszło tornado pedofilskich afer z udziałem księży, ks. Lorenzo Albacete napisał na łamach „New York Timesa” felieton, który przeszedł do historii. Odsłaniając kulisy swojego powołania, zwrócił się do tych, którzy na celibat kładli winę za całe zło wyrządzone wobec dzieci: „Mój ojciec, hiszpański antyklerykał, dzielił księży na trzy grupy: świętych, którzy żyją celibatem, tych, którzy pod celibatem ukrywają swój homoseksualizm i tych, którzy celibat łamią. Nie zapowiadałem się na świętego, tata wpajał mi więc, że skończę w jednej z tych dwóch pozostałych grup. Czułem się zraniony tą oceną. (…) Podobnie jak mój ojciec, wielu żyje przekonaniem, że celibat musi być zniesiony, bo rzekomo pod jego przykryciem kotłują się niezdrowe emocje. (…) Kiedy zdecydowałem się wstąpić do seminarium, miałem 28 lat i właśnie zerwałem zaręczyny. Nie dlatego jednak, że wystraszyłem się małżeństwa, ale ponieważ wołanie Chrystusa było tak silne. Przyjąłem celibat bezwarunkowo, z wiarą, ale i z drżeniem, że może on być wystawiany na próbę”. Nie szczędząc krytyki pod adresem pedofilii w Kościele, dodaje jednak, że nikt nie „ośmiela się wrzucać do jednego worka mężczyzn żonatych oskarżanych o tę zbrodnię. A takich nie brakuje. Oni nie czują się wytykani palcem. A ja dziś czuję się oskarżony, po raz kolejny w życiu. Boję się, że moi studenci i ich rodzice patrzą na mnie jak na brudnego człowieka (…)”.

Obszerny tekst wprawił w zakłopotanie niejednego krytyka Kościoła. Nikt nie ośmielił się atakować duchownego, bo za oceanem był znany jako ten, który wytrącał argumenty ateistom, a dyktatorom, jak Fidelowi Castro, nie bał się mówić w cztery oczy o Jezusie.

Facet” znad corn flakesów

Do najsłynniejszych bodaj epizodów z życia ks. Lorenza Albacete należy opowieść o jego pierwszym spotkaniu z Karolem Wojtyłą. „To ukierunkowało moje kapłaństwo. Choć na myśl o tamtym dniu do dziś wyrywam sobie włosy z głowy” – przyznał.

Jest rok 1976. Lorenzo od czterech lat jest księdzem. Krakowski kardynał, wówczas przewodniczący delegacji Episkopatu Polski na Kongres Eucharystyczny w Filadelfii, przyjeżdża z wizytą do Waszyngtonu. „Lorenzo, zajmij się tym polskim księdzem” – słyszy Albacete.

– To był przełom lipca i sierpnia. Byłem niezadowolony, że w takim upale mam być kierowcą jakiegoś polskiego księdza. Wszedłem do jadalni w siedzibie waszyngtońskiego metropolity. Wojtyła siedział przy stole. I już jego widok ustawił mnie do pionu – wspominał ks. Albacete w wywiadzie dla amerykańskiego portalu Frontline. – Kardynał nie miał na sobie oficjalnego stroju. Wyglądał jak zwykły ksiądz: rozpięty kołnierzyk i lekko wysunięta koloratka. Był pochłonięty zjadaniem corn flakesów. Przysiadłem się. Ponieważ kończyłem pracę doktorską, pomyślałem, że zabłysnę. Wypaliłem więc: „Studiuję interpretacje hermeneutyków i myślę, że dotarłem do nowych odkryć”. Wojtyła spojrzał na mnie i zadał kilka pytań. Potem dodał kilka swoich myśli. Odwoływał się do nazwisk i lektur, o których nigdy nie słyszałem. Nie miałem pojęcia, o czym do mnie mówi. Płonąłem ze wstydu. Mówił, że studiując dziś teologię, czy inne nauki, „mamy ograniczone spojrzenie i nie dajemy się niczym zaskoczyć, że jesteśmy więźniami samych siebie, bo brak nam odwagi, by odkrywać to, co niepoznane”. Powiedział: „Człowiek jest uwięziony w świecie, który jest naszym wytworem” i że „zamykamy się na transcendencję”. To była filozofia z wyższej półki. Z trudem nadążałem.

W trakcie krótkiego pobytu w Waszyngtonie między ks. Lorenzem a kard. Wojtyłą nawiązuje się jednak nić porozumienia i przyjaźni. Obaj zafascynowani są dramaturgią, kochają tych samych poetów. Po powrocie do Polski kard. Wojtyła wysyła do ks. Albacete listy, polecając mu lekturę różnych książek.

– Ja jednak nie odpowiadałem, a nawet często marudziłem: „o, znowu list od tego gościa z Polski” – przyznaje duchowny. – I kiedy po półtora roku zobaczyłem go w bieli na balkonie bazyliki św. Piotra, krzyknąłem: „O mój Boże! To ten facet, z którym jadłem corn flakesy!”.

Krótko potem ks. Lorenzo Albacete jedzie na pierwszą audiencję do Rzymu. Jan Paweł II rozpoznaje go i z daleka, śmiejąc się, woła: „O proszę, ojciec Albacete! Hm… może teraz ksiądz już będzie odpowiadał na moje listy!?”.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    1 2 3 4 5 6 7
    8 9 10 11 12 13 14
    15 16 17 18 19 20 21
    22 23 24 25 26 27 28
    29 30 1 2 3 4 5
    6 7 8 9 10 11 12
    12°C Czwartek
    rano
    14°C Czwartek
    dzień
    14°C Czwartek
    wieczór
    12°C Piątek
    noc
    wiecej »