Ale historia!

– Uwaga: wchodzę do gry! 300 gram mięsa. – To ja wchodzę mąką, butami i talonem na benzynę. Tak też można uczyć historii. Słowo „patriotyzm” nie musi pachnieć obciachowo. Wystarczy pogadać z Mieszkiem I czy wcielić się w legionistę, który kradnie aeroplan, by spotkać się z narzeczoną, i robi wszystko, by nie uznano go za dezertera.

Reklama

Krakowski Kazimierz, jedna z kawiarń. Przy stole Maciek Sikorski, Łukasz Wrona i Tomasz Żurawski. Rozmawiają o nowym projekcie. Będą odbijać kolegów AK-owców z więzienia św. Michała. I nakręcą o tym film. Właśnie ustalają jego budżet.

Mieszko I z talonem na benzynę

„Dzieciaki są pełne wrażeń i pytań. Już pomijam fakt, że zaraz po zajęciach oznajmiły, że jak każemy im nadmiernie sprzątać w domu, to wepną sobie oporniki w swetry i założą domową Solidarność”. Takiego mejla dostałem od jednego z rodziców po ostatnim spektaklu – śmieje się Maciek Sikorski (ojciec pięciorga dzieci). Przez ostatni rok organizował w Krakowie cykl spotkań „Historia dla najmłodszych. Budzenie pasji”. W czasie pierwszego spotkania był Mieszkiem I. Przyszło kilkadziesiąt dzieciaków plus tyle samo rodziców.

Skąd pomysł, by facet, który przez lata zajmował się niezależnym offowym teatrem, zajął się patriotycznymi inscenizacjami dla najmłodszych? – Pan Bóg zmienia serce człowieka – nie owija w bawełnę Maciek. – W pewnym momencie zaczynasz nie tylko tęsknić za ojczyzną w niebie, ale i odkrywać swoje korzenie, tradycję, w której wzrastasz. Jeździłem z moimi synami na turnieje rycerskie. Uwielbiali to! Zaobserwowałem jednak pewien defekt: te imprezy są przede wszystkim dla tych, którzy… sami je organizują. Mają z tego frajdę, a dzieci mogą najwyżej popatrzeć, jak dwóch rycerzy naparza się mieczami i po wszystkim dotknąć zbroi. Żadnej interakcji, żadnej lekcji historii. Pomyślałem: a może opowiedzieć im historię Polski w sposób, który je zainteresuje? Tak, by mogły wziąć w niej czynny udział? Gdy zacząłem bawić się z dziećmi żołnierzykami, które jakimś cudem ocalały z mojego dzieciństwa, zrobiłem eksperyment.

Odtwarzaliśmy na kołdrze bitwę pod Somosierrą. Rzuciłem kilka nazwisk. Okazało się, że kolejnego dnia moi synowie pamiętali, że szarżą dowodził Jan Leon Kozietulski, mimo że to nazwisko rzuciłem mimochodem. To było odkrycie: oni uczą się historii, bawiąc się! Gdy zobaczyłem w telewizji niemiecki skrajnie tendencyjny serialowy gniot pokazujący Armię Krajową jako przestępców, zakapiorów, zawrzałem. Naprawdę się wkurzyłem. Widziałem, jaka jest edukacja w szkołach, gdzie obcina się lekcje historii, i postanowiłem, że sam zrobię coś dla dzieciaków. Spotykaliśmy się przy parafii św. Józefa na Rynku Podgórskim w Krakowie. Co zrobić – myślałem – by dzieciaki nie zanudziły się na śmierć? Zaprosić je do zabawy! Stworzyliśmy z przyjaciółmi „koktajl form”: opowieść narratora, scenki aktorskie, warsztaty plastyczne, nieme kino, opowieści gości z grup rekonstrukcji historycznych w oryginalnych mundurach. Najważniejsza była interakcja. Dzieci mogły się przebierać, czytać, śpiewać. Lekcja malowania tarcz: silne przeżycie. Dzieci miały zamknąć oczy, wyobrazić sobie, przed czym chciałyby bronić swą rodzinę, a potem namalować to na tarczy.

Gdy odgrywaliśmy hołd ruski, dzieci kłaniały się nisko, dotykając czołami podłogi. Czuły to samo co Szujscy, którzy widzieli obuwie Zygmunta III Wazy. Doszliśmy z naszą opowieścią do lat 80. XX wieku. Ostatnie odcinki trzymały cały czas dzieciaki w napięciu. Rozpoczęliśmy inscenizacją z czasów żołnierzy wyklętych. Odbijaliśmy UB więźniów AK-owskich. Kapitan KBW podstępem kazał przyznać się dzieciom do tego, czy były w AK, po czym zamknął je do więzienia. Na szczęście dokonaliśmy spektakularnej akcji ich odbicia. Gdy opowiadaliśmy o stanie wojennym, graliśmy w karty… kartkami na mięso, na mleko. „Wchodzę: 300 gram mięsa. To ja wchodzę mąką, butami i talonem na benzynę”. To, co dla nas jest wspominaniem dzieciństwa, dla dzieci jest kompletnym szokiem! Świetnie pokazuje to rozmowa u moich przyjaciół: – Tatooo, a w twoich czasach były jajka niespodzianki? – Janku, w sklepach nie było nic. Jedynie ocet. – Co???? Nawet w Tesco?

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • beneq
    05.12.2014 14:07
    Słowo patriotyzm nie pachnie obciachowo, ale wszystko się dziś robi, żeby obrzydło. Patriotyzm, to w skrócie rzecz ujmując duma ze swego pochodzenia, z tego kim się jest, z jakiego narodu pochodzi.
    Lata niszczenia tej dumy, wbijanie w poczucie wstydu i upokorzenia, wbijanie w poczucie bycia gorszym niż inne narodowości (bo Polak to pijak, złodziej, cwaniaczek, nieudacznik, itp., itd.) dają dziś smutny wynik, że trzeba bronić patriotyzmu przed uznaniem go za obciach.
    Tylko, że obciachem jest czekoladowy orzeł, różowe baloniki, groteskowe przemówienia.
    A ludzie wiedzą i czują to podskórnie, choć nie zawsze tak samo, że patriotyzm to coś cennego, przywiązanie do wspólnego symboli narodowych i historii, to coś co spaja i daje poczucie siły. Jak chociażby np. na tegorocznych mistrzostwach świata w siatkówce.
    Przejawów jest wiele. I są to nie tylko gry, nie tylko rekonstrukcje, ale i środowiska kibicowskie, które są przedstawiane tylko jako "gangsterka", a to one w oprawach meczy nie zapominają o historii i to o tej trudnej i niezłomnej.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    12 13 14 15 16 17 18
    19 20 21 22 23 24 25
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    8°C Sobota
    noc
    7°C Sobota
    rano
    10°C Sobota
    dzień
    11°C Sobota
    wieczór
    wiecej »

    Reklama