Strażnicy

Wybierając się w Bieszczady, możemy mieć pewność, że ich spotkamy. Patrolują teren samochodami, na motorach, konno, a w zimie też na skuterach śnieżnych. Wędrują połoninami razem z turystami. Nie zawsze kontrolują. Czasami po prostu obserwują. Trudną okolicę muszą znać jak własną kieszeń. Wymaga się od nich nie tylko umiejętności, ale także ciągle otwartych oczu i uszu.

Reklama

Zjednej strony to zwykła praca. Są obowiązki i trzeba je wykonać. Ale jeśli chodzi o dyspozycyjność i odpowiedzialność, jest to praca bardzo wymagająca – mówi major Piotr Mielcarek, pełniący obowiązki komendanta placówki Straży Granicznej w Czarnej Górnej. To pierwsza obok Stuposian i Ustrzyk Górnych placówka górska. Rozmawiamy w jego gabinecie w stosunkowo nowej strażnicy oddanej do użytku w 2004 roku. Wówczas Straż Graniczna z Czarnej przejęła odcinek graniczny ochraniany przez Straż Graniczną w Lutowiskach. Major Mielcarek służbę na tym terenie pełni od 1992 roku.

Z bliska obserwował te wszystkie zmiany. Brał udział w niejednej akcji. Teraz, mając do dyspozycji ok. 50 funkcjonariuszy, ochrania 15-kilometrowy odcinek granicy polsko-ukraińskiej. W większości zalesiony, poprzecinany licznymi wąwozami i potokami. W tym rejonie przez granicę państwa biegnie np. potok Mszaniec o szerokości ok. 6 m, którego wody spływają na terytorium Ukrainy do rzeki Dniestr. Nie powinni się tam zapuszczać turyści. Za naruszenia linii granicznej grożą bowiem mandaty.

Wśród ludzi

Świadomie jednak robią to co jakiś czas śmiałkowie próbujący przemycać przez górską granicę ludzi i towary. Zamontowanie tam na stałe elektroniki pomocnej strażnikom jest praktycznie niemożliwe. Zastosowanie może mieć jedynie przenośny, specjalistyczny sprzęt noktowizyjny i termowizyjny. Praktyczna ochrona granicy odbywa się na różne sposoby. Nad tym jednak komendant nie chce się specjalnie rozwodzić. – To kulisy pracy operacyjnej, o której nie możemy mówić, chcąc być skutecznymi, czyli spełniać swoją rolę. Znamy dobrze swój odcinek, wiemy, gdzie mogą dziać się różne dziwne rzeczy i mamy te miejsca pod szczególną kontrolą – ucina mjr P. Mielcarek. Do tego dochodzi współpraca ze strażnikami z Ukrainy.

Co jakiś czas odbywają wspólne patrole. Jest okazja, żeby wymienić się informacjami, porozmawiać o potencjalnych zagrożeniach. I oczywiście budować dobry klimat, również ważny we wzajemnej kooperacji. – Nie poradzilibyśmy też sobie bez dobrych kontaktów z miejscową ludnością. Ludzie nam ufają, jeśli trzeba, zwracają się o pomoc, a także informują, gdy zobaczą coś niepokojącego – mówi komendant Mielcarek. Kierowana przez niego placówka Straży Granicznej operuje na terenie obejmującym 16 miejscowości. Łącznie mieszka tam ok. 3300 osób. Za chwilę widzimy, jak te kontakty z ludźmi wyglądają w praktyce. Jedziemy sprawdzić, co się dzieje na granicy.

Charakterystycznego land rovera Straży Granicznej prowadzi chorąży Janusz Tomaszewski. Mijamy miejscowość Lutowiska. Z głównej drogi prowadzącej do Ustrzyk Górnych skręcamy w lewo. Wąską asfaltową szosą schodzi z górki młody mężczyzna z aparatem fotograficznym zawieszonym na ramieniu. – Uwiecznił pan coś ciekawego dla nas? – mówi z uśmiechem major Mielcarek. Z luźniej żartobliwej rozmowy można wyłuskać kilka ciekawostek przyrodniczych. Nie ma z niej jednak żadnego pożytku operacyjnego. Na tym właśnie m.in. polega praca strażników. Tylko jeżdżąc po okolicy i rozmawiając z ludźmi, będą wiedzieli, co w trawie piszczy. Strażnicy bardzo dbają o takie kontakty. Współpracują z lokalnymi władzami. Trochę przejmują też zadania policji. I na obszarze, na którym działają, gwarantują zwykły porządek publiczny.

„Nielegalni”

Nasza jazda nie trwa zbyt długo. Mijamy ostatnie zabudowania. Dalej kawałek wertepami pod górkę. Za chwilę stop. Granica państwa. Wysiadamy i podziwiamy. Piękna dzikiej przyrody nie mąci nawet gęsto padający deszcz. Aż trudno uwierzyć, że ludzie, nieraz z małymi dziećmi, decydują się przeprawiać przez ten las i wąwozy, żeby nielegalnie przekroczyć granicę Polski. Często to dramatyczne historie. Latem ubiegłego roku strażnicy znaleźli przy ukraińskiej granicy Afgankę z trójką dzieci. Skrajnie wyczerpanych i wyziębionych. Kobieta przyznała, że uciekła z Afganistanu po tym, jak jej męża porwali talibowie. Jej mieli grozić śmiercią i porwaniem dzieci, jeśli nie zgodzi się wyjść za syna dowódcy oddziału. Bieszczadzcy funkcjonariusze w porę na nich trafili. Tym samym uratowali im życie. Takich opowieści słucha się z tym większym zaciekawieniem, że jedna z telewizji emituje właśnie serial obyczajowo-sensacyjny „Wataha” o bieszczadzkich strażnikach mierzących się z przemytnikami. – To jest film, a więc rodzaj fikcji. Nie patrzymy na to jak na dokument o naszej pracy. Są jednak piękne, prawdziwe bieszczadzkie krajobrazy – mówi z uśmiechem komendant.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    12 13 14 15 16 17 18
    19 20 21 22 23 24 25
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    9°C Piątek
    wieczór
    6°C Sobota
    noc
    4°C Sobota
    rano
    8°C Sobota
    dzień
    wiecej »

    Reklama