Dom miłości dla dzieci

Anię matka rzucała o kaloryfer i biła kablem od żelazka. Jej siostry molestował ojczym. Weronikę, Piotrusia i Pawła policja znalazła nagich. Leżeli na pijanych rodzicach. U boromeuszek dzieci te dostały zastrzyk miłości. 
Ktoś je wreszcie przytulił…


Reklama

Późna jesień 2014 r. 22.30. W budynku Specjalnego Ośrodka Wychowawczego w Szopienicach rozlega się dzwonek. Siostra Wanda Joachima zbiegają na dół. W drzwiach stoją policjanci. Na rękach trzymają trójkę owiniętych w koce dzieci. Z nocnej interwencji. Piotruś i Paweł mają ponad dwa latka, są bliźniakami. Weronika, ich siostrzyczka, skończyła trzy i pół. Zakonnica odruchowo bierze jedno na rękę. 
– Nie wolno nam przyjmować dzieci poniżej 7. roku życia. Ale co miałam zrobić? Policja dzwoniła, czy weźmiemy, czy mają trzymać na izbie w komisariacie. Bo w domach dziecka nie ma miejsc, rodziny zastępczej w pogotowiu żadnej – mówi nam s. Laurencja, dyrektor SOW w Szopienicach. – Miałaby pani serce odesłać te dzieci, bo ustawa nie pozwala? 
S. Wanda: – Były zziębnięte, półnagie. Zawszone, zabrudzone i wygłodzone. Na ciele miały rany, nie wiem, czy od przypalania czymś, czy się poparzyły same. One płakały i ja płakałam. 
S. Laurencja: – Policjant powiedział nam, że nigdy jeszcze nie widział takiej sceny: pijanych do nieprzytomności rodziców, a na nich leżące nagie płaczące dzieci. Policjanci w popłochu szukali jakichkolwiek dla nich ubrań.

Dziewczynka trafiła tu w majtkach mamy, bo niczego innego nie było. Ciotka dzieci miała 2,7 promila i jako jedyna „kontaktowała”.
Kilka miesięcy później. Piotruś, Paweł i Weronika mają nowe, czyste i kolorowe ubranka, własne łóżeczka i szafeczki. Oraz misie. Codziennie cztery posiłki i to, za czym tęskniły – miłość. Ale w piwnych oczach chłopców tli się tęsknota. Za mamą i tatą. 
Chłopaki uwielbiają się bawić w Boba Budowniczego, Weronika woli układać puzzle. Dziewczynka podchodzi, żeby się przywitać. 
– Ile masz latek? – pytam. Blondyneczka spogląda filuternie, szczerzy szczerbate ząbki. Zza pleców wyciąga do mnie rączkę i pokazuje cztery paluszki. Po kolei każdy. 
– A to ile jest? – dopytuje s. Laurencja, kucając ze mną. 
– Cztely – mówi wreszcie dziewczynka. – „Cztery”, Weroniczko – poprawia zakonnica. – Tak, cztery – powtarza, uśmiechając się.
– A gdzie masz braci? – pada kolejne pytanie. Dziewczynka wskazuje rączką. – Ile oni mają lat? – pyta zakonnica .
Dziewczynka chowa jeden paluszek. Kiedy s. Samuela, która cały dzień zajmuje się najmłodszymi, tłumaczy, że czasem bliźniacy lubią „wkręcać” siostry, że Piotruś i Paweł i na odwrót, maluchy uśmiechają się i chowają główki w stosie zabawek. 
Weronika na chwilę wraca do puzzli. I znowu do s. Wandy. Mocno się wtula. Jak wtedy, kiedy zakonnica po raz pierwszy wzięła ją na ręce. Zmarzniętą i przerażoną… 


Dom, a nie ośrodek


Dom boromeuszek robi wrażenie fortecy. Ale w oknach soczystozielone kwiaty i z fantazją upięte firany. Na szybach motylki, Kubuś Puchatek, krasnoludki. Z budynku wybiega czwórka maluchów. Wskakują do brązowego clio. Za kółkiem zakonnica. 
– S. Marcina jeździ do lekarza codziennie z innym zestawem małych pasażerów: do okulisty, do dermatologa albo do dentysty. Późno wrócą, bo w przychodniach są kolejki – wyjaśnia, otwierając nam drzwi domu s. Laurencja. Dyrektor ośrodka jest w niebieskim habicie. Za olbrzymią ramą ze zdjęcia uśmiecha się 75 buziek „jej” dzieci, wychowanków ośrodka. Podpis: „Ośrodek naszym domem”. 
W domu pachnie czystością. Na ścianach las zdjęć: dzieci na nartach i snowboardzie – zimowisko 2014 i 2015. Starsze dziewczęta w katowickim Spodku na łyżwach z zakonnicami za rękę. 
– Nie tak łatwo w habicie po lodowisku śmigać – śmieje się s. Wanda. – Dwa lata temu pod nasz dom przyjechała ciężarówka z paczkami. Siostra dyrektor kupiła każdemu dziecku łyżwy. Było pisku co niemiara!
Na ścianie wyżej zdjęcia z jasełek i wigilii w ośrodku. Z rozpakowywaniem prezentów. Są i fotografie z urodzin i wypadów na basen, z górskich eskapad wakacyjnych. Dzieci z siostrami niosą plecaki, bidony z piciem. Im wyżej się wspinamy, tym bardziej świat nabiera kolorów. Sufit na drugim piętrze przypomina utkane gwiazdami niebo. Na środku podświetlony księżyc. 
Każde pomieszczenie boromeuszki zaprojektowały same. Chodząc po ośrodku, mamy wrażenie, że zmieniamy tylko krainy baśni. 
– Szczęść Boże! – witają nas „Muchomorki”. Pięcio-, sześcio-
i siedmiolatki. Część wróciła z przedszkoli. Teraz bawią się
z s. Joachimą na kolorowym dywanie piłką. Między wózkami z lalkami, obok traktorów i aut różnej maści, kuchenki i zabawkowego fryzjera. 
Idziemy korytarzem do najmłodszych dzieci. Tych, o które bój toczy „Gazeta Wyborcza”. Że w moloch wrzucone, że nie mają prawa tu być. 
– A ja mam duuuuzego misia i śpię przy lokomotywie! – chwali się jeden z chłopców. 
Sypialnie dzieci to małe cudeńka: chmurki, słoneczka, misie i lalki.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama

Kalendarz do archiwum

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9
4°C Poniedziałek
noc
4°C Poniedziałek
rano
3°C Poniedziałek
dzień
4°C Poniedziałek
wieczór
wiecej »

Reklama