Peszmerge znaczy Kurdystan

Nad stanowiskami Da’ish (Państwo Islamskie) powiewa czarna flaga. W ciągu dnia jest względny spokój. Do walk dochodzi nocą i w pochmurne dni, bo wtedy dżihadyści czują się bezkarni.

Reklama

Odległość między terenem okupowanym przez dżihadystów a kurdyjskimi peszmergami, pilnującymi granicy Regionu Kurdystanu, czyli kurdyjskiej autonomii w północnym Iraku, wynosi 4 kilometry. Tu Kurdowie nie atakują, ale też nie dopuszczają dżihadystów do terytorium kurdyjskiego.

Inna wojna

– To nie jest klasyczna wojna – wyjaśnia generał brygady Omar Muhammethalet Bosali, odpowiedzialny za ponad 20-kilometrowy odcinek graniczny w rejonie (północno-zachodni Irak, niedaleko granicy z Syrią). – To jest nowy typ wojny, niewystępujący na świecie. Ataki prowadzi się z różnych stron, często bez pojazdów, bez ludzi. To są eksplozje ładunków wybuchowych, rakiety i ataki samobójcze. Dla dżihadysty zginąć, zabijając się samemu, oznacza chwałę, radość, wiarę w lepsze życie po śmierci. Ci z Da’ish walczą po to, żeby zginąć, a nie żeby zwyciężyć. Zabijają siebie, aby zabić innych. To wojna, która prowadzi do całkowitej destrukcji świata, nie tylko Kurdystanu. A Bóg nie po to stworzył świat, aby człowiek na chwałę Boga go niszczył! – dodaje. Wał z worków chroni grupę młodych mężczyzn odzianych w czarne kombinezony albo w uniformy moro. Wszyscy mają kuloodporne kamizelki, ciężkie i niezbyt wygodne. Nosiłam takie dwadzieścia parę lat temu podczas wojny na Bałkanach. Peszmergowie do dyspozycji mają głównie karabiny kałasznikow, produkowane w latach 60. i 70. ubiegłego stulecia na terenie bloku sowieckiego. Za to supernowoczesną broń mają ich przeciwnicy, a więc Da’ish. Przeznaczona do walki z Państwem Islamskim broń armii irackiej w niewyjaśniony sposób trafiała w ręce dżihadystów.

Na zachód od Dîcle

Miasto Zakho zostało z tyłu, czyli na wschodzie. W prawo droga wiedzie do Ibrahim Khalil, przejścia granicznego łączącego Turcję z Kurdystanem, a dokładnie z Regionem Kurdystanu, czyli kurdyjską autonomią w północnym Iraku. Przed nami most na rzece Tygrys (po kurdyjsku Dîcle). Tuż za mostem posterunek peszmergów kontrolujących pojazdy i ich pasażerów. Jest to ostatnie miejsce, w którym można czuć się bezpiecznie. Dalej, aż po granicę z Syrią, rozciąga się słabo zaludniona strefa zagrożenia.

Peszmergowie dokładnie sprawdzają dokumenty. Przeglądają wszystkie samochody, za pomocą luster na kółkach oglądają nawet podwozia. Wjazd lub wyjazd w strefę zagrożoną konfliktem zbrojnym nie należy do przyjemnych. W stosunku do obcokrajowców stosuje się szczególne obostrzenia, zwłaszcza jeśli są to Europejczycy. – Chodzi o zapewnienie wszystkim bezpieczeństwa i niedopuszczenie do międzynarodowego skandalu – wyjaśnia Nywar, peszmerga na czterodniowej przepustce, z którym jadę w stronę Singal. – Na naszej ziemi mieszka ponad 2 mln uchodźców, są to chrześcijanie, jezydzi, Turkmeni, Kurdowie muzułmanie, ale też Arabowie z Syrii i Iraku. Ci ostatni często sprzyjają Da’ish. Ukrywają się w obozach dla uchodźców, korzystają z naszej pomocy, ale gdy tylko nadarzy się okazja, wsadzają nam nóż w plecy. Są taką piątą kolumną Da’ish. Dla nich wielką sprawą byłoby porwanie Europejczyka. Dostaliby za niego spore pieniądze i zyskaliby chwałę wśród współplemieńców, a po śmierci życie w raju pełnym hurys (wiecznie młode i piękne dziewice).

Mijamy kilka baraków, przed którymi tłoczą się tłumy uchodźców. Wzdłuż drogi stoją dziko rozbite namioty. Mieszkają w nich, wraz ze swoimi stadami owiec, jezydzi, którzy uciekli z okolic Şingal (Sindżar). Wreszcie wjechaliśmy w teren bezludny z niewielkimi wzniesieniami porośniętymi trawą. To tędy dwa lata temu wędrowały tłumy syryjskich uchodźców uciekających przed wojskami reżimu Baszszara al-Asada, ale też aż dotąd latem ubiegłego roku dotarli dżihadyści. Kilka tygodni temu na tej drodze snajper postrzelił mojego znajomego peszmergę. W tych okolicach zginął siostrzeniec innego mojego kolegi. Pozostawił żonę i dwójkę małych dzieci. Był to jeden z ponad tysiąca peszmergów, którzy zginęli w ostatnim czasie tylko dlatego, że wierzyli w życie, w miłość, ale też w niepodległość ziemi ich ojców.

– Słowo „peszmerge” – mówi gen. Bosali – ma wiele znaczeń. Peszmerga to człowiek, który walczy samotnie, walczy o swój kraj, zwany Kurdystanem, który staje w obronie krainy. Peszmerga nie walczy ani dla pieniędzy, ani dla sławy. Wierzy w życie w niepodległym kraju, jakim jest Kurdystan. Dawniej peszmergą nazywano każdego mieszkańca wsi, który w czasach Imperium Osmańskiego, ale i Perskiego wspierał działania Barzanich (kurdyjski klan, z którego wywodzi się Mustafa Barzani, „Ojciec Kurdów”) na rzecz pokoju dla mieszkańców Kurdystanu. Dzisiaj znaczenie tego słowa zmieniło się. Peszmerge to jeden organizm, tworzący jedną armię, strukturę wojskową. Można powiedzieć, że jest to cały system powiązany z obronnością, ale i z życiem codziennym. W naszej organizacji mamy starych peszmergów związanych jeszcze z rewolucją Barzaniego (lata 1940–1970), którzy funkcjonują w tej strukturze nie dla pieniędzy, ale dla utrzymania ziemi naszych przodków. Mamy wielu młodych chłopców, którzy zostają peszmergami, bo wierzą w życie, w miłość do ziemi, w honor, są Kurdami i utożsamiają się z Kurdystanem. Właśnie dlatego mówi się o nas, że jesteśmy waleczni, bo jeden peszmerga może przeciwstawić się stu dżihadystom – wyjaśnia generał.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    12 13 14 15 16 17 18
    19 20 21 22 23 24 25
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    7°C Sobota
    rano
    10°C Sobota
    dzień
    11°C Sobota
    wieczór
    9°C Niedziela
    noc
    wiecej »

    Reklama