Pokój na górze

Śmierć? To tylko przejście. – On nigdy nie mówił nam, 
że umiera. Tylko, że odchodzi – wspomina pani Iwona.

Reklama

Był pierwszym synem; takim wyproszonym darem. – W kilka miesięcy po ślubie pojechałam z mężem do Lichenia i tam modliliśmy się o dziecko. Obeszłam w tej intencji sanktuarium. Wkrótce urodził się Tomek. Tym darem cieszyliśmy się 24 lata – mówi mama, Iwona Ziółkowska.


Pozamykane sprawy


Potem przyszedł na świat Piotr. Zawsze spędzali we czwórkę dużo czasu. Jeździli razem na wakacje; Tomek na przykład miał swoje ulubione miejsca – Jastarnię i Zakopane. Wspólnie chodzili do kina i na mecze, bo chłopcy od lat kibicowali piłkarzom ręcznym. Tomek pasjonował się też historią, wiedzą o społeczeństwie i muzyką. Chodził do Szkoły Podstawowej nr 5 w Radziwiu, gdzie pracuje jego mama, potem do Gimnazjum nr 3 i do Małachowianki. Przez 10 lat śpiewał w Chórze „Pueri Cantores Plocenses” i uczęszczał w Płocku do szkoły muzycznej, gdzie uczył się gry na trąbce i ćwiczył wokal. Po maturze rozpoczął studia ekonomiczne w Toruniu. Jak to godził? – Wszystko było zorganizowane, zawsze wystarczyło mu czasu i na szkołę, i na sport, i na inne zainteresowania – opowiadają mama Iwona i tata Jerzy.


4 lata temu Tomek, który podobnie jak Piotr był studentem na toruńskim UMK, zaczął niepokojąco chudnąć. W Wielki Piątek, 6 kwietnia 2012 r., dotarła do nich pierwsza informacja o złym stanie zdrowia syna, a ostateczna diagnoza, padła na podstawie dalszych specjalistycznych badań, była straszna. Nowotwór. Chłoniak Hodgkina. Rozpoczął się czas intensywnej, trudnej terapii. Zastosowano po kolei 11 rodzajów chemii. Tomek bardzo chciał żyć, ale powoli przygotowywał się do odejścia. Sam zamykał swoje sprawy. Bardzo dojrzale i metodycznie.


– Po pogrzebie pojechaliśmy na siłownię, z której korzystał już w czasie choroby, żeby sobie podreptać, bo w ten sposób zaliczał wuef na uczelni. Podałam nazwisko i powiedziałam, że chcemy anulować karnet, a pani poinformowała nas, że to już anulowane. Tomek zrobił to sam dzień przed śmiercią, żeby nam nie sprawiać trudności. W sobotę dał mi numer swojego konta i piny do karty w telefonie, i karty bankomatowej. W niedzielę powiedział do brata: „Wiesz co? Ubrania moje raczej nie będą na ciebie dobre, ale może T-shirty będą pasować”. Bratu ciotecznemu podał kilka tytułów jego książek, które mógł wziąć. Porozdzielał wszystko. Zostawił trochę pieniędzy, z których kupiliśmy prezenty pod choinkę. I tak w Boże Narodzenie były jeszcze prezenty od Tomka... – wspomina pani Iwona.


Spokojne przejście


Już na początku choroby mama Tomka zawierzyła go Miłosierdziu Bożemu. Co to znaczy? – Po prostu zaufałam. Wiedziałam, że Pan Jezus będzie z Tomkiem i będzie go prowadził. Miałam jednak świadomość, że on może odejść. Modliliśmy się przede wszystkim o zdrowie i potrzebne łaski. O cud prosiliśmy już pod koniec choroby – mówi. Modliły się zresztą dziesiątki czy setki osób: rodzina, znajomi księża, przyjaciele rodziny. W rodzinnej parafii św. Benedykta i płockim sanktuarium zamawiane były Msze św. Serce matki wyczuwało jednak intuicyjnie, że syn tej choroby nie pokona. – Do oczu cisnęły się łzy, ale nie płakałam, nie było mi wolno. On musiał widzieć mamę silną, mocną, spokojną, uśmiechniętą... – mówi pani Iwona.


Skąd brała ten spokój w sytuacji, gdy nadzieja powoli znika? Sięga pamięcią do siedmiu pierwszych lat życia, spędzonych u babci. Ta prowadziła wnuczkę do kościoła i zabierała na pielgrzymki do Skępego; w Wielką Sobotę szły pieszo na całonocne czuwanie do kościoła, oddalonego o 3 km. Ten czas zbudował w niej dobry fundament. Ale to pewnie by nie wystarczyło.


– To, co się działo na koniec z Tomkiem i z nami, to łaska. Nie wiem, jak to wytłumaczyć, bo po ludzku trudno zrozumieć naszą postawę. Ktoś może powie: jacy dziwaczni ludzie, tacy spokojni. Po pogrzebie moja koleżanka, powiedziała mi: „Wiesz, jak ja się bałam jechać na ten pogrzeb? Bałam się, że to będzie jeden lament, szloch, a tam była cisza, spokój, zaduma” – opowiada pani Iwona.


Spokojne było samo odejście Tomka, 3 listopada 2015 r. Stało się to w domu, wieczorem. Nie mógł już wchodzić na górę, do swojego pokoju, więc przebywał w sypialni rodziców. – Zasłałam kanapę. Pytam: „Gdzie kładziemy poduszki?”. Tomek mówi: „Tak jak wy zwykle śpicie. Tylko co zrobimy z koncentratorem tlenu?”. Odpowiadam: „Damy radę, powiesimy go na karniszu”. Usiadłam obok niego na kanapie. Mąż obok nas, na stołku. Tomek oglądał „Piekielną kuchnię”, bo był też pasjonatem gotowania. Podłożyłam mu pod ręce poduszki. W pewnym momencie oparł głowę na moim ramieniu, potem tę głowę spuścił. Spojrzałam. Oddychał, bo tlen był w rurce koncentratora. Powiedziałam do męża: „Jak on spokojnie oddycha” – wspomina. Tomek odchodził tak, jak chciał, przytulony do matki.


Z perspektywy jego odejścia odkrywają duchowość syna. 
– Wiedziałam, że chodzi do kościoła, że jest zaangażowany w służbę liturgiczną, znał wielu księży, ale nie sądziłam, że to będzie aż tak spokojne. Nie skarżył się, nie płakał. Nie mówił nam, że umiera, tylko że odchodzi.


Jakie będą dla nich te święta bez Tomka? On nie chciałby, żeby płakali, więc mimo wszystko będą radosne, mówi pani Iwona. W rodzinnym domu jego pokój był na górze. – W porze obiadu czasami wyglądam, czy on nagle nie zejdzie po tych schodach. Wiemy jednak, że odszedł do domu Ojca i jest mu tam dobrze. Czuwa nad nami i przygotowuje tam miejsce. Czujemy, że on jest z nami cały czas. To wiara nam mówi, że ciało odchodzi, a dusza cały czas żyje.


«« | « | 1 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    21 22 23 24 25 26 27
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10
    11 12 13 14 15 16 17
    18 19 20 21 22 23 24
    25 26 27 28 1 2 3
    -1°C Środa
    dzień
    0°C Środa
    wieczór
    -1°C Czwartek
    noc
    -2°C Czwartek
    rano
    wiecej »

    Reklama