| $ | USD | 3,4779 | |
| € | EUR | 4,3665 | |
| Fr | CHF | 3,6357 | |
| £ | GBP | 5,4496 |
ks. Włodzimierz Lewandowski
Kościół w Polsce ma wystarczająco dużo siewców, za to brakuje mu ogrodników.
Jeden z wiernych czytelników wyraził obawę, że po moim dzisiejszym komentarzu może nastąpić koniec świata. Zrobię wszystko, bo do tego nie dopuścić ;).
Uczestniczyłem kiedyś w czuwaniu modlitewnym ruchów i stowarzyszeń katolickich. Gdy nadszedł czas sprawowania Eucharystii okazało się, że organizatorzy spotkania zapomnieli wyznaczyć grupę odpowiedzialną za jej przygotowanie. Wszystko będzie zgodnie z charyzmatem Odnowy, czyli spontanicznie – podsumował sytuację jeden z młodych księży. Popatrzyłem nań ze zdziwieniem. Od kiedy Duch Święty jest autorem bałaganu i partactwa liturgicznego? I dlaczego spontanicznie może być tylko bez przygotowania? Na te pytania oczywiście nie znalazłem odpowiedzi. Za to odkryłem, że w wypowiedzi młodego kapłana można odnaleźć coś, co w jakiś sposób charakteryzuje nasze duszpasterstwo. To coś to brak wizji, planowania i akcyjność.
Po raz pierwszy o tych mankamentach usłyszałem w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych. Przyznam, że jako młody chłopak niezbyt rozumiałem, co miał na myśli Ksiądz Blachnicki mówiąc, że Kościół w Polsce ma wystarczająco dużo siewców, za to brakuje mu ogrodników. Rozjaśniło mi się trochę w głowie, gdy zaczął wyjaśniać, że każde działanie, również duszpasterskie, musi wynikać z odpowiedzi na trzy pytania: co – jaki chcemy osiągnąć cel; jak – metoda; kto – podział zadań. Inaczej mamy do czynienia z sytuacją, o jakiej mówił przed laty kardynał Dopfner, porównując Kościół do placu budowy, na którym zagubiono projekt.
Skoro zgodna z projektem budowa, to najpierw fundament, potem stan surowy, wreszcie urządzanie wnętrz. O ile wiemy, co jest fundamentem, to dalsze etapy stanowią problem. Co zrobić z ludźmi po ewangelizacji? Co im zaproponować? Jaką drogą ich poprowadzić?
We wprowadzeniu do Obrzędów Chrześcijańskiego Wtajemniczenia Dorosłych czytamy, że należy je zastosować, gdy ktoś został ochrzczony jako dziecko i nie doszedł jeszcze do dojrzałej wiary. „Chociaż ci dorośli nie poznali jeszcze Chrystusa, to jednak ich sytuacja różni się od sytuacji katechumenów tym, że wprowadzono ich już do Kościoła i że przez chrzest zostali dziećmi Bożymi. Ich nawrócenie opiera się na przyjętym chrzcie, którego oddziaływanie następnie powinni rozwinąć” (p.295). Czyli katechumenat pochrzcielny, będący niczym innym jak tylko stopniowym wprowadzaniem w dojrzałe życie chrześcijańskie.
Co przeszkadza w przekształceniu naszych parafii we wspólnoty, formujące dojrzałych uczniów Jezusa?
Przede wszystkim przyzwyczajenia. W tradycyjnym modelu polskiego katolicyzmu role i zachowania są utrwalone. Po obydwu stronach. Opuszczający seminarium robił wszystko, by przez sześć lat uodpornić się na przekazywane mu treści (słynne: kuferka pilnuj, rektora słuchaj a swoje myśl) i zachować w sercu obraz księdza, który miał wpływ na decyzję o wyborze drogi życiowej. Jego późniejsze duszpasterstwo jest najczęściej powielaniem pewnego wzorca. To, o czym dowiadywał się na wykładach z teologii pastoralnej czy liturgice jest dla niego czystą, oderwaną od życia teorią. Potem dochodzi słynne „3xk”, czyli katecheza, kancelaria, konfesjonał. To model dobrego księdza. Stąd niewielu próbuje wyjść poza te ramy. Więcej, próba wyjścia odbywa się często kosztem wolnego czasu i rezygnacji z urlopu. Bo ta organiczna praca z małą grupą traktowana jest jako hobby młodego księdza. W wielu środowiskach ktoś, kto chce zrezygnować z części etatu w szkole, by poświęcić się pracy w małych grupach, postrzegany jest jako leń i nierób. Dla starszego pokolenia duszpasterzy ideałem ciągle jest ksiądz, mający ponad czterdzieści godzin religii w tygodniu.
Nie lepiej jest po drugiej stronie. Większość świeckich również odwołuje się do wzorców z przeszłości. W modelu tradycyjnym najważniejsze jest to, co robili rodzice i dziadkowie. Tyle lat – można często usłyszeć – tak było i było dobrze. Co zresztą nie jest prawdą. Bo dziadkowie zupełnie inaczej niż dziś świętowali niedzielę, a wieczorami nie bawili się pilotem, przerzucając programy w telewizorze, ale czytali dzieciom Biblię i żywoty świętych. Starsze pokolenie świetnie znało historię Starego Testamentu, czego o młodym powiedzieć nie można. (Mimo dwóch godzin religii w szkole.) Niemniej argument o rodzicach i dziadkach wraca w sporach z próbującymi czegoś więcej niż kilkadziesiąt pytań na pamięć przed pierwszą Komunią i bierzmowaniem duszpasterzami. Sam musiałem toczyć boje z rodzicami, przekonanymi, że znajomość Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo jest wystarczającym powodem, by ich pociechę dopuścić do bierzmowania. Parafia, co w tym miejscu już wielokrotnie podkreślano, ma świadczyć usługi religijne na w miarę wysokim poziomie i nie przeszkadzać ludziom i tak już mocno zapracowanym.
Nie ulega wątpliwości, że nasze parafie wymagają mrówczej pracy u podstaw. Mówił o tym niedawno nowy biskup opolski. Nie ulega również wątpliwości, że – jak do tej pory – jedynymi środowiskami, gdzie ta mrówcza praca u podstaw jest podejmowana, są ruchy i wspólnoty modlitewne. Co zrobić, by z formacja katechumenalną wyjść poza te środowiska, zmieniając przy okazji tradycyjny model duszpasterstwa?
Rozmawiałem kiedyś na ten temat ze znajomym dziennikarzem. To jest możliwe – odpowiedział na postawione wyżej pytanie. Ale Kościół będzie musiał zgodzić się na bycie Kościołem ubogim.
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |
Przeczytaj komentarze | 18 | Dodaj swój komentarz »
Najwyżej oceniane:
- JPII nauczał, że ludzie nie potrzebują nauczycieli a świadków
- Kardynał Ratzinger mówił o chrześcijanach jako o "soli ziemi" a nie "soli parafii"
Słabości o których państwo (pani Joanna i Ksiądz) piszecie wynikają z ogólnej mizerii panującej obecnie. Nie tylko w parafii ludzie są klientami. Np co współczesny człowiek robi gdy przecieka dach w jego kamienicy? -wzywa telewizję. Albo gdu mu "nie dali pracy" - idzie "walczyć" w demonstracji o miejsca pracy itd itd ..... Źródłem takich zachowań są braki w wychowaniu i wykształceniu spowodowane m. in. byle jakością szkoły, niską jakością środków komunikacji społecznej i jeszcze paru innymi okolicznościami. Kościół (również kapłani i hierarchia) niestety nie są wolni od tych wpływów i dlatego to wszystko tak źle wygląda jak to opisuje ks Włodzimierz.
Aby żyć trzeba jeść. Do jedzenia potrzeba różnorodnych składników pokarmowych. Niektóre nawet w małych ilościach są niezbędne. Sól nadaje smaku. Bez soli jedzenie jest nijakie, nie odróżniamy jednej potrawy od innej.
W czasach kiedy Jezus mówił o soli, prócz nadawania smaku, była ona także jedynym środkiem do konserwacji jedzenia. Zasolone nie psuły się, można było przechowywać przez długi czas.
Nie można jednak jeść samej soli.
Tak samo w naszym życiu. Są wybitni fachowcy, twórcy, menadżerowie, itp. Jednak niczego nie zrobią bez drugiego człowieka.
Wybitny chirurg nie wykona operacji bez całego tłumu ludzi, którzy wybudowali budynek, palą w piecu, elektrownia, telefony, ci którzy zrobili narzędzia chirurgiczne, poprzez różnych fachowców, pomocników, siostry, salowe, po osobę która sprząta i odkaża salę operacyjną. Bez tej najmniej widocznej osoby cała operacja nie odbyła by się, wybitny chirurg niczego by nie zrobił.
Tak samo jest w kościele. Aby Kościół dobrze funkcjonował, nie obejdzie się także bez starszej, czasami mocno schorowanej pani, która modlitwą różańca wyprasza ogrom łask dla kapłana i parafii.
Wszyscy są potrzebni i dla każdego Jezus przygotował zadanie do wykonania.
Można usiąść i narzekać jaki to dzisiaj ten świat jest okropny, tyle zła, nawet ludzi którzy mówią prawdę pozywani są do sądów, itd. itp.
Można sobie też zadać pytanie:
- Co ja robię aby to zmienić?
Mogę powiedzieć:
- Co ja biedny szarak mogę zrobić?
Mogę także pomyśleć i zacząć działać. Tak jak potrafię i tam gdzie jestem.
Pamiętam w stanie wojennym, w moim zakładzie pracy zorganizowano spotkanie wicepremiera, ministra przemysłu z młodzieżą. Wypchano także mnie na to spotkanie, abym robił frekwencję.Młodzież narzekała na wszystko. Minister zabrał głos i powiedział:
- Narzekać umiecie, ale powiedzieć co zrobić, nie.
Wtedy ja wstałem i powiedziałem że powiem co trzeba zrobić aby było lepiej. Wywołałem tymi słowami powszechny śmiech na sali. Ja zwykły robol, będę pouczał wicepremiera.
I powiedziałem. O 5 żarówkach które mojej żonie udało się kupić po długim staniu w kolejce. Z których jedna od razu po wkręceniu spaliła się, druga świeciła godzinę, trzecia dwa dni, czwarta tydzień, piąta jeszcze świeci. Powiedziałem o stuletnim domu w którym mieszkam i wyłącznik w piwnicy nieustannie działa i wyłączniku który dopiero co kupiłem i już nie działa. Powiedziałem także że tak samo dzieje się w mojej pracy. Niesamowite straty.
Efekt. Wicepremier, minister przemysłu zaczął zamykać zakłady produkujące buble.
Posłuchał.
Na początku w radio kapłan czytał jedno czy dwa zdania z ewangelii i komentował ewangelię na dany dzień. Spotkałem go i powiedziałem mu, że bardzo podoba mi się czytanie i komentarz Słowa Bożego. Powiedziałem także że moim zdaniem powinna być czytana cała ewangelia na dany dzień, ponieważ dla niektórych ludzi jest to jedyne Słowo Boże jakie słyszą.
O tego czasu czytana jest cała ewangelia.
Ja zwyczajny grzesznik, z ciemną przeszłością, zwykły robol, mąż, ojciec i dziadek. Całkiem zwyczajny, nic specjalnego. Mogę zmieniać świat.
Jeżeli w parafii trafię na równie szalonego kapłana i jeszcze kilku innych, od młodych do starszych, możemy zrobić wiele więcej. Potrzebni są wszyscy, dla każdego jest praca. Taka jaką umie. W działaniu okazuje się że jesteśmy zdolni do takich rzeczy, o które nigdy siebie nie podejrzewaliśmy.
Tak jest jeżeli idziemy za Jezusem.
Potrzebujemy pasterza, jednak wzrastając, w wielu pracach możemy go odciążyć. Możemy dotrzeć tam gdzie kapłan nie może. Żyjąc tym co wyznajemy, głosimy ewangelię nie wypowiadając ani jednego słowa, w miejscu zamieszkania, pracy.
Jest jeden warunek.
Trzeba chcieć.
Ostatni papieże nawołują do obudzenia w Kościele olbrzyma, który ciągle śpi.
Ten olbrzym to świeccy.
Wszyscy jesteśmy powołani do misji, Królewskiej, Kapłańskiej i Prorockiej.
To Vaticanum II.
Każdy według swego powołania.
No to zaczynam rozumieć mechanizm zachowania się niektórych duchownych, którzy widząc istniejące zło (np.w Kościele) mają swoje zdanie na ten temat, ale obawiają się powiedzieć o tym głośno. Robią tak, żeby się nie narazić na oskarżenie o brak lojalności, ze strachu, z kumoterstwa. Zyskują względny spokój, za cenę zaprzestania dawania świadectwa. Na początku może czują, że to skrajna hipokryzja, ale potem chyba już się przyzwyczajają. Tylko potem coraz trudniej przerwać ten błędny krąg, a parafianie są dobrymi obserwatorami i wnioski wyciągają.
Dla równowagi trzeba dodać, że znam wielu księży (także w parafii), którzy są wspaniałymi przewodnikami i świadkami Chrystusa.
Przepraszam, że nie na temat, ale mrówczą pracą u podstaw można też wyrugować z kleryckiego myślenia tę nieszczęsną maksymę zapisaną powyżej ( na etapie seminarium i później). Ktoś mi powiedział, że "w Kościele nie ma demokracji", ale już twórcze myślenie i swoboda wypowiedzi chyba tak.
Ja mam 60 lat. Od ponad 10 lat jestem w ewangelizacyjnej wspólnocie charyzmatycznej, prowadzącej także szkołę "Nowej Ewangelizacji".
Nawróciłem się właśnie od "Bóg cię kocha", kurs "Filip", Wspólnota, wzrastanie, Ewangelizacja. Zycie na co dzień Słowem Bożym...
W ewangelizacji, od drzwi do drzwi, jedni przyjmują z otwartymi rękami, nie chcą wypuścić, chłoną Słowo Boże, słuchają świadectwa. Inni reagują z oburzeniem, jeszcze inni obojętnością lub agresją.
Od czasów chodzącego Jezusa, niewiele się zmieniło.
Taka sama reakcja jak w domach jest w parafiach. Jedni pragną wspólnot. Większość jednak proboszczów nie chce nawet słyszeć o wspólnotach, grupach modlitewnych czy innych tego typu.
- Gdzie ludzie mają wzrastać w wierze?
- Dlaczego kapłani tak bardzo odeszli od tego co robił Jezus?
Jezus wybrał rybaków, celnika oraz innych szaleńców i głosił Królestwo Ojca. W Dziejach Apostolskich i listach pisze jak to robili apostołowie.
- Dlaczego dzisiejsi kapłani bardziej wierzą w swoje metody niż te jezusowe.
Bardziej opierają się na sobie niż na Jezusie. A przecież Jezus Jezus mówiąc do wątpiących powiedział że ma "wszelką władzę w niebie i na ziemi"(Mt.28.16-20) i wystarczy z niej skorzystać.
"Głoście w porę i nie w porę"
Do centrum mojej wspólnoty mam ponad 100 km.
- Jeżdżę.
Kiedy służę na rekolekcjach jeżdżę o wiele dalej. Przez ostatnie lata większość mojego urlopu spędziłem na służeniu.
- Nie narzekam.
W mojej parafii proboszcz nawet nie chce słyszeć o wspólnocie. Ostatnie spotkanie naszej Rady parafialnej odbyło się ponad półtora roku temu.
Coraz mniej ludzi uczęszcza do kościoła.
Proboszcz nieustannie remontuje budynek, wnętrze i otoczenie kościoła.
- Ciekawe kto za parę lat będzie tam chodził?
Na apostołów mówiono szaleńcy Boży. Na ks.Blachnickiego też. Myślę że także ja, oraz bracia i siostry ze wspólnoty szalejemy za Jezusem. Nie patrzymy na trudności i robimy co Jezus polecił.
Wynik nie zależy od nas.
My mamy robić co do nas należy, wszelkimi możliwymi sposobami.
Czy trzeba, czy nie trzeba.
W porę i nie w porę.
Po prostu róbmy. Tak jak umiemy, Jezus nas poprowadzi. Apostołowie nie mieli skończonej Teologii. Wierzyli że warto, że trzeba, że to ma sens.
Gdyby Abraham zastanawiał się nad sensem ofiary Izaaka, nic by z tego nie wyszło.
Tak samo Mojżesz na brzegu morza, czy Piotr kiedy Jezus polecił mu złapać na wędkę rybę, wyciągnąć pieniądz i zapłacić.
Oni po prostu robili to.
Róbmy i my.
wszystkie komentarze >