Bez bisów i oklasków

Koncerty na cmentarzu, w dodatku 1 listopada, zazwyczaj się nie odbywają. Chyba że w Krakowie. I w słusznej sprawie.

Reklama

W Polsce nie trzeba nikogo przekonywać, że początek listopada to czas szczególny, poświęcony obcowaniu ze świętymi oraz wspomnieniu bliskich zmarłych. Pewien kłopot wciąż mamy jedynie z oddzieleniem przesłania uroczystości Wszystkich Świętych od Dnia Zadusznego. Bierze się to z faktu, że w medialnym przekazie „wiecznie żywe”, lansowane w PRL Święto Zmarłych rzuca cień na oba dni. I tak już się przyjęło, że 1 listopada pogrążeni w smutku wspominamy swoich bliskich zmarłych, choć to dla ludzi wierzących dzień radosny, poświęcony naszym orędownikom w niebie.

Ale ogólnie mamy kilka listopadowych problemów, choć pewnie ten z pierwszym dniem miesiąca jest najtrudniejszy do przezwyciężenia. Drugim kłopotem jest ekspansja Halloween, zabawy z duchami i straszydłami – według jednych niewinnej, zdaniem innych wręcz przeciwnie, ale z pewnością dalekiej od chrześcijańskiej tradycji. Trzeci problem wiąże się z istnym szaleństwem, jakie ogarnia polskie rodziny w te dni. Wielka wędrówka ludów po kraju, tłok, tempo, rozrastający się cmentarno-jarmarczny biznes sprawiają, że 1 listopada coraz mniej czasu na modlitwę, refleksję czy medytację, a coraz więcej nerwów i zabiegania.

W ścisku, w korkach, w zgiełku

Z wyżej wymienionej listy kłopotów najlepiej radzimy sobie z Halloween. Paradoksalnie, bo wydawałoby się, że tu siła medialnego rażenia jest największa. Choć anglosaskie obyczaje świętowania z kostuchami, wampirami i dyniami mają potężne wsparcie w kulturze masowej, na polskim gruncie (na szczęście) jakoś nie mogą się zakorzenić. Zwłaszcza że zostały skutecznie skontrowane przez barwne pochody świętych, gromadzące z roku na rok coraz więcej młodych uczestników. Orszaki Holly Wins wygrywają z Hallo­ween, bo są nie tylko atrakcyjne jako zabawa, ale i w sposób naturalny związane z wiarą i tradycją. Mówimy jednak o dniu, który jest tylko przygotowaniem do Wszystkich Świętych. 1 listopada nastrój pryska i zaczyna się jazda obowiązkowa – rodzinna gonitwa ze zniczami i chryzantemami. W ścisku, w korkach, w zgiełku.

– Za murami cmentarnymi dymią jadłodajnie z bigosami i gulaszem, a w ofercie handlowej pojawił się już znicz w kształcie dyni. Wszechobecne komercja i przycmentarny biznes zabierają nam to piękne święto – martwi się Waldemar Domański, pomysłodawca „Memento vitae”, koncertu bez bisów i oklasków, zorganizowanego już drugi rok z rzędu na krakowskim cmentarzu Rakowickim. Pomysł zrodził się właśnie z tej troski o godny i wyjątkowy charakter 1 listopada. A że pomysłodawca jest dyrektorem Biblioteki Polskiej Piosenki, od 14 lat organizatorem Lekcji Śpiewania, postanowił i tu sprawdzić moc tkwiącą w poetyckim tekście i nastrojowej melodii. Czemu miałaby ta śpiewana refleksja służyć? – Temu, by ludzie zatrzymali się na chwilę, zadumali i zrozumieli, że mają mało czasu, dlatego muszą robić tylko rzeczy ważne i nie zawierać sojuszy z głupotą – wyjaśnia krótko Domański. Stąd tytuł „Memento vitae”, czyli rzecz o dobrym życiu w obliczu nieuchronnej śmierci.

Co ludzie powiedzą?

Koncerty na cmentarzu, w dodatku 1 listopada, zazwyczaj się nie odbywają. Zwłaszcza gdy w repertuarze zamiast Chopina jest Niemen i Grechuta. Dlatego idea „Memento vitae” długo pozostawała jedynie przedmiotem towarzyskich rozmów i nieśmiałych planów. Bo co ludzie powiedzą? Jak zareagują hierarchowie Kościoła i władze miasta? – Przez lata upewniałem się, czy koncert poświęcony życiu, zorganizowany na cmentarzu, nie będzie bluźnierstwem lub artystycznym dziwadłem. Skonsultowałem to z wieloma duchownymi i ostatecznie zachęcony przez nich w 2015 r. zorganizowałem „Memento vitae” po raz pierwszy – wspomina Domański.

Gdy wieść rozeszła się po Krakowie, w mediach, także społecznościowych, zapadła cisza. Konsternacja była powszechna, nie tylko ze względu na oryginalność przedsięwzięcia. Bo z jednej strony pod Wawelem raczej nie lubi się eksperymentów, to gród konserwatywny. Ale z drugiej, jak tu protestować, gdy pomysłodawca zaklina się, że pragnie przywrócić świętu jego religijny charakter, wzmocnić przesłanie 1 listopada i oddzielić ten dzień od Zaduszek. Wszyscy czekali zatem na owoce, po których będzie można ocenić, czy idea jest słuszna.

Sam pomysłodawca zapewnia, że kamień spadł mu z serca jeszcze przed pierwszymi taktami na Rakowicach. – Wydrukowaliśmy sporo ulotek, które dotarły do krakowskich parafii. Kiedy jeden z proboszczów zaczął czynić mi wyrzuty: „czemu ich tak mało”, pomyślałem: będzie dobrze! A frekwencja na cmentarnym koncercie tylko mnie w tej intuicji utwierdziła – śmieje się dyrektor Biblioteki Polskiej Piosenki.

Bez oklasków

Pierwsza edycja „Memento vitae” rzeczywiście okazała się wielkim sukcesem, jeśli to słowo można uznać za adekwatne. Nikt (przynajmniej oficjalnie) nie demonstrował oburzenia. Do Zarządu Cmentarzy Komunalnych, współorganizatora koncertu, nie wpłynął żaden protest. Tysięczna widownia w skupieniu słuchała tekstów – zgodnie z życzeniem pomysłodawcy – nie klaszcząc i nie domagając się bisów. Piosenki zostały nie tylko specjalnie wybrane, ale również zaaranżowane tak, by niektóre rytmy wyciszyć, a podkreślić wymowę tekstów.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    12 13 14 15 16 17 18
    19 20 21 22 23 24 25
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    11°C Piątek
    wieczór
    8°C Sobota
    noc
    7°C Sobota
    rano
    11°C Sobota
    dzień
    wiecej »

    Reklama