W matriksie gimbazy

O pokoleniu gimnazjalistów i docieraniu do nich z Ewangelią opowiada ks. Wojciech Iwanecki.

Reklama

Ks. Tomasz Jaklewicz: Gimnazjaliści to Twoja specjalność?

Ks. Wojciech Iwanecki: „Gimbaza” jest mi najbliższa.

Czy jako Kościół tracimy młodzież? Jak to czujesz Ty, że tak powiem, żołnierz na pierwszym froncie?

Staram się być blisko ludzi, praktycznie każdą wolną chwilę im poświęcam, od rana do wieczora. Czuję się tak, jak powiedziałeś, na froncie. Siedzę w okopie, jestem niewyspany, głodny, brakuje amunicji... I nie bardzo wiem, kto wygrywa tę wojnę. Myślę, że sporo takich księży jak ja czuje podobnie.

Brakuje amunicji, czyli czego?

Dobrych materiałów, np. programów do nauczania religii. Z tym ciągle mamy problem. Najlepszym programem do nauczania jest Katechizm Kościoła Katolickiego i podręcznik z lat 60. „Nauka Boża”. W dzisiejszych podręcznikach do religii znajdujesz jakieś kolorowe chmurki, dymki, cztery cytaty na krzyż. Nic tam nie ma. Te lekcje są o niczym. Poza tym brakuje często dobrej woli z drugiej strony, czyli tych, do których mówimy. Irytuje mnie stwierdzenie, że przeszkodą w ewangelizacji jesteśmy my, ewangelizatorzy, nasza słabość. Oczywiście to zdanie jest prawdą, ale brakuje dopowiedzenia, że ta druga strona często nie chce cię słuchać, mimo że poświęcasz dla niej wszystko, rzucasz wszystkie siły. Jest często: nie, bo nie.

Skąd bierze się to zamknięcie? Czy jest to problem spowodowany tym, że oni tak mocno siedzą w świecie wirtualnym, że są wpatrzeni w ekraniki? Może powinniśmy przemawiać do nich z tych ekranów?

Myślę, że trzeba być w tej cyfrowej przestrzeni, ale to wiąże się z naszej strony z wielkimi stratami. Ze stratą czasu, nerwów, energii, z ryzykiem uzależnienia. Ja sam czuję się mocno związany z tą technologią. Jestem ciekaw, czy umiałbym bez tego funkcjonować. Ale w seminarium nie było to dla mnie żadnym problemem…

Co nie było problemem?

Umiałem funkcjonować bez internetu, komórki. I bardzo dobrze mi się bez tego żyło. O wiele lepiej niż teraz. Natomiast jeżeli decydujesz się być w świecie wirtualnym jako ksiądz, to musisz się liczyć z tym, że to wciąga. O, np. dziś na moim Messengerze było kilka pytań: co to jest Szeol, co trzeba przynieść na Roraty, czy są jeszcze plansze i czy ksiądz będzie jutro.

Czyli jako katecheta jesteś cały czas dostępny dla uczniów w internecie?

To dotyczy moich znajomych na Facebooku. Wtedy mogą przez Messengera mnie pytać. Nie daję im numeru mojej komórki. Choć szczerze mówiąc, nie wiem, kiedy ostatnio dzwoniłem. Do ciebie (śmiech). My jesteśmy pokoleniem piszącym.

Piszecie SMS-y?

Na Facebooku, na czatach, na Snapchacie. SMS-y to już jest staroć, wybacz. {BODY:BBC} (śmiech){/BODY:BBC}

Pora umierać…

Spokojnie, przyjdź, to cię podszkolę. A całkiem serio, to czasem przesadzamy z tym zachwytem nowoczesną technologią. To podkreślanie, że trzeba tam być, trzeba to robić, że to jest takie wspaniałe, że taka komunikacja, że można mieć każdą informację na każde kliknięcie itd. Zapominamy, że naszym zadaniem jest ich wyrwać z tego świata do świata realnego.

Czy da się ich wyrwać z tego wirtualnego świata?

Myślę, że tak. Kluczem do dotarcia do młodych jest dać im się poznać. Oni muszą wiedzieć, kim jesteś. Inaczej to nie zadziała. Jak im powiem: „jestem księdzem, przyjdźcie do mnie”, to nie chwyci. Muszą wiedzieć, kim ja w ogóle jestem jako ksiądz.

Nie wiedzą tego, kim jest ksiądz?

Nie wiedzą. Pytają, czy gram w gry komputerowe, czy mam konto na Snapchacie. Jeśli tak, to żeby im podać. Jeśli mnie poznają, to się zaangażują. Jak robię jakiś wolontariat, zbiórkę żywności, to przychodzą. Trzeba mieć dla nich czas, robiąc inscenizację na Roraty, na oazie czy imprezie andrzejkowej, czy idąc z nimi na rolki. Im bardziej mnie lubią, tym bardziej się zaangażują. Mam takie poczucie. Nie wiem, czy to jest najwłaściwsza droga. Ale to działa. Jeśli cię poznają, to wychodzą z wirtualnego świata do ciebie. Oczywiście nie mówimy tu o wielkich statystykach. Dzieci jest w Polsce coraz mniej. A jak już są, to są daleko od Kościoła. Natomiast część z nich da się ocalić. Nie chcę mówić o procentach, ale wydaje mi się, że jak się wytrwale to robi, to efekty będą. Na Giszowcu rok temu miałem siedem osób na oazie, teraz – prawie 30. Jestem szczęśliwy. To nie będą już wspólnoty kilkusetosobowe.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • MaciekD
    06.02.2017 10:55
    I śmieszno, i straszno, i trochę nadziei. Dziękuję Bogu za księży takich jak ks. Wojtek, którym się chce walczyć o młodzież na tym krytycznym etapie rozwoju. Sam jestem ojcem już niemal 12-latka, obecnie piątoklasisty, i widzę, że pewne problemy, o których mówi ks. Wojtek, zaczynają się rysować już w podstawówce -- zapewne w gimnazjum przychodzi apogeum. Przywiązanie do ubioru, gadżetów, podziały na lepszych i gorszych, wulgaryzmy, pornografia: to wszystko jest obecne w opowieściach przynoszonych ze szkoły przez mojego syna, który bywa tym mocno zdołowany, bo w rodzinie staramy się żyć innymi wartościami. Ale nie ma co się załamywać, trzeba orać. Dobrze, że takich orzących jest więcej.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    31 1 2 3 4 5 6
    3°C Poniedziałek
    noc
    5°C Poniedziałek
    rano
    8°C Poniedziałek
    dzień
    11°C Poniedziałek
    wieczór
    wiecej »

    Reklama