Umiem wychowywać

Siostra Urszula z Puerto Rico trafiła do Marek. Bo wszędzie są młodzi zagrożeni wykluczeniem. I potrzebują miłości.

Reklama

Z tymi Markami to był przypadek. Choć przypadki nie istnieją. – Wróciłam z Puerto Rico, gdzie pracowałam z dziećmi ulicy. Miałam wrócić na misje, względnie pojechać do Moskwy. Okazało się jednak, że Pan ma wobec mnie inne plany – opowiada s. Urszula Głowacka RSCJ. – Takie Boże poczucie humoru.

Bo w Markach, szczególnie w skromniutkiej dzielnicy Pustelnik, była potrzeba stworzenia placówki socjoterapeutycznej. I mimo ogromnych trudności ze znalezieniem lokalu oraz funduszy jakoś się udało. Choć s. Urszula przyznaje, że do pomysłu podchodziła sceptycznie. Więc w 2008 r. powstał Młodzieżowy Klub Socjoterapeutyczny „Otwarte Serce”, rok później fundacja. Od 2012 r. działa Centrum Rozwoju Osoby „Otwarte Serce” (prowadzi m.in. warsztaty dla młodzieży czy... zespoły rockowe). Dla nieco starszych otwarto też Centrum Integracji Społecznej, które pozwala na nauczenie się zawodu, podjęcie pracy, a więc i nauczenie się odpowiedzialności, gospodarności. – Fundacja nosi również nazwę „Otwarte Serce”. Nie mogło być inaczej. Podczas mojej probacji, gdy przygotowywałam się do ślubów wieczystych, otrzymałam takie właśnie imię. I dewizę życiową z Ewangelii św. Jana: „Aby mieli życie i mieli je w obfitości”.

Szary sznaucer miniaturowy Brandon, przyjaciel s. Urszuli, włochaty i skuteczny dogoterapeuta, uczestniczy czasem w sesjach z młodzieżą. Siedzi spokojnie w pokoju, w którym s. Urszula rozmawia z kilkunastolatkiem. Mówią o bólu, problemach, dzieciństwie, które nie było różowe. O dziecięcych dramatach. A kiedy tylko dziecko zaczyna płakać, Brandon przybiega na zawołanie pierwszej łzy. Wyczuwa smutek od razu i pociesza, jak umie.

Otwarty dzień jak co dzień

Marki. Piętro skromnego domu przy ul. Spokojnej. Drzwi do klubu otwierają się, w progu 13-letnia dziewczyna. – Ty tutaj, skarbie? O tej porze? – siostra Urszula podchodzi do wychowanki, której najwyraźniej pomyliły się godziny. Zajęcia socjoterapeutyczne – rozmowy indywidualne, zajęcia opiekuńczo-wychowawcze, zabawy edukacyjne, ale też i... bajkopisarstwo zaczynają się dopiero po południu. – Chcesz zostać? Może coś uszyjesz na dole? Znajdą ci coś do roboty na warsztatach. Trzeba cię jakoś zagospodarować – mówi głośno s. Urszula, choć bardziej do siebie. Ale wychowanka szyć nie chce. Zagospodarować się nie da. Wróci za kilka godzin, na zajęcia dla młodzieży w jej wieku. – Nie zawsze jestem słodka. Wyznaję zasadę nagrody i konsekwencji (nie mylić z karami). W odpowiednim momencie, oczywiście. Nie zagłaskuję, nie rozpieszczam. Gdy moi podopieczni przesadzają i robią złe rzeczy, potrafię się zdenerwować. Wściekam się na nich czasem, aż podobno boją się mnie. Ale to potrzebne. Inaczej dziecka, szczególnie takiego po przejściach, nie wychowasz. Zresztą dzieci to jedno. A drugie – częstokroć ważniejsze – rodzice. Rodzice czasem trudni, choć zapewne kochający swoje dzieci. Tak jak umieją...

Podopieczny Adam, lat 17, półsierota, bo ojciec się zapił. A i matka popijała. – Będę żałować chyba do końca życia, że kiedyś, gdy ją nakryłam, jak po wypiciu „opiekowała” się synem, nie zadzwoniłam po policję. Może wtedy dzieckiem ktoś by się zajął? Wówczas wydawało mi się, że to by była krzywda i że dziecku lepiej przy matce.

Tymczasem matka nie radziła sobie zupełnie. Chłopak był coraz bardziej zaniedbany, zaczął wagarować, potem pić i brać narkotyki. Matka? Starała się jakoś, prosiła nawet o pomoc. Adam tułał się po ośrodkach wychowawczych, w końcu uciekł i tyle go widzieli. Po wielu dramatycznych perypetiach wrócił do s. Urszuli prosić o pomoc. Przyszedł w stanie fatalnym, w starym ubraniu, brudny i głodny. Wrak młodego człowieka. – No jak nie przyjąć? W naszą ośrodkową wigilię zapytałam go: „Jesteś otwarty?”. „Jeszcze jestem otwarty” – odpowiedział. I jeszcze życzył siostrze od serca i jak umiał: „Życzę sobie, by siostra długo żyła. Bo ja tak chcę”... Za ostatnie pieniądze kupili mu ubrania w tanim sklepie z odzieżą (jak dobrze, że takie są). I umieścili w ośrodku, który da mu ostatnią (?) szansę.

Szef ośrodka

Z tymi pieniędzmi w ośrodku to jest zresztą tak, że... zawsze brakuje. Bywało, że siostra musiała się zadłużyć, by wszystko wróciło do finansowej normy. – Pan jakoś daje na swoje dzieci. Jeśli On prowadzi fundację, to niech działa. Ja oczywiście robię, co mogę, by zapewnić funkcjonowanie, piszę wciąż projekty, pozyskuję środki, ale przestałam się już aż tak bardzo denerwować. To nie moje dzieło. Skupiam się na człowieku. Umiem wychowywać. Biznesu nie umiem robić. Dlatego przydałby się nam też ludzki menedżer – taki z prawdziwego zdarzenia. Menedżer do zleceń: co zrobić, co sprzedać i gdzie, by na siebie zarobić. Zresztą ta praca to z jednej strony dawanie. Z drugiej – czerpanie pełną garścią. – Czuję, że w ten sposób i moje człowieczeństwo się rozwija. Uczę się coraz więcej. Skończyłam pedagogikę, specjalizację socjoterapię i arteterapię, ale tutaj teorię zamieniam w praktykę.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    31 1 2 3 4 5 6
    1°C Poniedziałek
    dzień
    1°C Poniedziałek
    wieczór
    -1°C Wtorek
    noc
    -1°C Wtorek
    rano
    wiecej »

    Reklama