Errata do biografii

Cybulski zdjął swoje ciemne okulary, przeprosił za najście o tej porze i zapytał, czy mógłby się wyspowiadać.

Reklama

Zbigniew Cybulski był legendą polskiego kina. Dzięki znakomitej kreacji w „Popiele i diamencie” Andrzeja Wajdy z postacią Maćka mogli utożsamić się wszyscy, którzy chcieli zachować godność w świecie, w którym nie było dla nich miejsca. Był to pierwszy polski film, w którym tragedia pokolenia zmuszonego do milczenia została tak mocno zaakcentowana.

Cybulski zginął 8 stycznia 1967 roku, usiłując wskoczyć do pociągu na wrocławskim dworcu. Swoją ostatnią rolę zagrał w filmie „Morderca zostawia ślad” Aleksandra Ścibora-Rylskiego. Z powodu śmierci aktora głos za niego podłożył Tadeusz Łomnicki. Niedługo przed 50. rocznicą śmierci Cybulskiego ukazała się jego biografia wydana przez Znak. „Cybulski. Podwójne salto” Doroty Karaś to cenna pozycja nie tylko dla fanów aktora. Autorka wykorzystała rozproszone w różnych wydawnictwach wspomnienia, a także przeprowadziła szereg rozmów z osobami, które znały bohatera książki czy przyjaźniły się z nim.

Chór się trząsł

W tej nasyconej mniej i bardziej ważnymi szczegółami biografii znajdziemy nawet dokładną historię kurtki Cybulskiego. Zabrakło w niej natomiast znaczącego aspektu życia aktora. Była nią wiara. Autorka szeroko opisuje pogrzeb, a właściwie dwa pogrzeby Cybulskiego, katolicki i świecki. Wspomina, że rozmowy z katowickimi księżmi prowadziła Ewa Cybulska, matka aktora. Adwokatowi Antoniemu Cybulskiemu, bratu Zbyszka, grożono usunięciem z adwokatury, jeżeli nie zgodzi się na pogrzeb świecki. Ostatecznie dzięki mediacji biskupa katowickiego Herberta Bednorza doszło do kompromisu i odbyły się dwie ceremonie, religijna i świecka. „Hierarchowie kościelni też nie palą się do wyprawienia pogrzebu aktorowi, który za życia w kościele pojawiał się rzadko. Nie tylko dlatego, że ciągle był w rozjazdach. Gdy wchodził na Mszę, wierni odwracali głowy od ołtarza” – możemy przeczytać w książce Doroty Karaś. Nie wiem, skąd autorka zaczerpnęła informację o tym, że przeszkody w organizacji pogrzebu kościelnego stawiały nie tylko władze świeckie, ale również zazdrośni o popularność aktora kościelni hierarchowie. Być może z akt Służby Bezpieczeństwa, gdzie znalazła się informacja, że „część kleru miała krytyczne uwagi: zmarły nie przestrzegał zasad etyczno-moralnych i nie spełniał obowiązków chrześcijańskich”. W swoim raporcie funkcjonariusz SB napisał też, że „księża się jednak porozumieli i postanowili wykorzystać sytuację. Cel: spopularyzowanie religii w kręgach artystów i zbliżenie ludzi sztuki do Kościoła, przedstawienie zmarłego jako gorliwego katolika oraz stworzenie wzoru do naśladowania dla młodzieży”. Z pewnością popularyzowanie religii w oczach władzy było wielkim grzechem, ale czyż nie jest to misją Kościoła? Być może to porozumienie wydało się władzy ludowej nieomal spiskiem zawiązanym przez kler w celu jej obalenia. Funkcjonariusz SB zaznaczył również, że „sfanatyzowane osoby” z parafii w proteście przeciw pogrzebowi religijnemu Cybulskiego zagroziły wystąpieniem z Kościoła.

Wbrew temu, co można wywnioskować z przytoczonych fragmentów, katolicki pogrzeb aktora nie był tylko formalną ceremonią zorganizowaną na życzenie rodziny. Aktor nie był świętym, miał różne grzechy na sumieniu, jak każdy popełnił z pewnością wiele błędów, ale nie ma wątpliwości, że był człowiekiem wierzącym. Autorka nie dotarła do materiałów, które tego dowodzą, bo gdyby je znała, nie mogłaby pominąć tak istotnej sfery życia bohatera swojej obszernej biografii. Chociaż w książce znajdziemy na przykład wspomnienie uczestniczki obozu studenckiego teatru Bim-Bom w Ostródzie z lipca 1955 roku, gdzie codzienny apel prowadził Cybulski. – Zbyszek zostawiał nam dużo wolności, ale potrafił też powiedzieć: „Słuchajcie, jutro jest niedziela, idziemy do kościoła”. I wszyscy szliśmy, śpiewaliśmy, że aż chór się trząsł – wspomina Elżbieta Czapp-Cecuła.

Z wydanych w 2004 roku „Portretów godziwych” Kazimierza Kutza dowiadujemy się, że „do stałych relikwii w chlebaczku należała książeczka do nabożeństwa i świecidełko z Matką Boską z Lourdes”. Owym „świecidełkiem” był medalion z wizerunkiem Niepokalanej. Autor wspomnień nie omieszkał dodać, że „te katolickie szczegóły dość niefortunnie wykorzystali księża, czyniący ostatnie posługi nad jego ciałem. Nie rozumiejąc nic, otarli się o granicę śmieszności. Wyglądało to trochę tak, jakby polskiego filatelistę specjalizującego się w znaczkach z napisem »Helwetia« chcieć uznać za Szwajcara”.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    1 2 3 4 5 6 7
    8 9 10 11 12 13 14
    15 16 17 18 19 20 21
    22 23 24 25 26 27 28
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    18°C Piątek
    dzień
    19°C Piątek
    wieczór
    15°C Sobota
    noc
    12°C Sobota
    rano
    wiecej »

    Reklama