Mateczka z Auschwitz

Stanisława Leszczyńska – położna i więźniarka Auschwitz-Birkenau, numer 41335. Przez dwa lata obozu przyjęła około 3 tysięcy noworodków. – Wszystkie urodziły się żywe. Ich celem było żyć – pisze we wspomnieniach.

Reklama

W„Raporcie położnej z Oświęcimia”, który Stanisława Leszczyńska napisała już na emeryturze, czytamy: „Do maja 1943 r. dzieci urodzone w obozie były w okrutny sposób mordowane: topiono je w beczułce. Czynności tych dokonywały: Schwester Klara i Schwester Pfani. Po każdym porodzie (…) dochodził do uszu położnic głośny bulgot i długo się niekiedy utrzymujący plusk wody. Wkrótce po tym matka mogła ujrzeć ciało swojego dziecka rzucone przed blok i szarpane przez szczury”.

W pierwszej połowie 1943 r., kiedy „Mateczka”, jak ją tam nazywano, trafiła do obozu, nakaz zabijania ograniczono do dzieci żydowskich. Ryzykując życiem, nigdy go nie wykonała.

W jednym pantofelku

Razem z córką Sylwią przyjechała do Auschwitz-Birkenau z transportem 17 kwietnia 1943 roku. Gestapo aresztowało je za pomoc rodzinom żydowskim z łódzkiego getta. Cała rodzina Leszczyńskich działała w podziemiu. Mąż Stanisławy – Bronisław, z zawodu zecer, z synami dostarczał Żydom fałszywe dokumenty. W tym samym czasie też zostali aresztowani. Jemu udało się uciec, a synów – Henryka i Stanisława – osadzono w obozach Gusen i Maut­hausen. Stanisława przemyciła do Auschwitz-Birkenau zaświadczenie, że jest położną. W 1922 r. skończyła Państwową Szkołę Położniczą w Warszawie i prawie do końca wykonywała zawód, który był jej powołaniem. Przy nadarzającej się w obozie okazji pokazała doktorowi Mengele dokument. Za jego zgodą na trzech blokach kobiecych przyjmowała dzieci, aż do momentu wyswobodzenia obozu 27 stycznia 1945 roku.

Więźniarka Leokadia Niewiadomska wspomina, że nocą z 18 na 19 stycznia 1945 r. na blok porodowy przyszedł SS-man i kazał wszystkim przygotować się do ewakuacji. Leszczyńska ochrzciła wtedy z wody kilka nowo urodzonych dzieci, których matki czekały na wyjście z obozu. Sama razem z córką i dr Ireną Konieczną została z chorymi i oczekującymi na poród. Mogły opuścić obóz, bo nadzór uciekł, ale one nadal przyjmowały porody, choć blok zaczął płonąć.

Kiedy znalazła się w obozie, nie była już młoda. Miała 47 lat i śmiałe spojrzenie, pokazujące, czym żyje w głębi duszy. Jako narzędzie pracy służyły jej zużyte nożyczki do odcinania pępowiny i modlitwa ratunkowa – wymyślone przez nią wezwanie: „Matko Boża, załóż chociaż jeden pantofelek i przybądź z pomocą!”. Kiedy przed wojną wzywano ją nocą do porodu, nieraz zatrzymywała się w drzwiach, spostrzegając, że w pośpiechu założyła tylko jeden but. Zakładała drugi i biegła. Tak samo śpieszyła jej z pomocą Matka Boska. Kiedy lagerarzt kazał jej złożyć sprawozdanie z ilości zakażeń połogowych oraz zgonów matek i noworodków, stwierdziła, że nie miała ani jednego przypadku śmiertelnego. Nie chciał uwierzyć, motywując, że tak dobrych wyników nie odnotowują nawet w najlepszych niemieckich klinikach. Kiedy w 1970 r. w Warszawie podczas premiery „Oratorium oświęcimskiego”, opartego na „Raporcie położnej z Oświęcimia”, dziękowano jej za poświęcenie, odpowiedziała, że dziękuje Bogu, iż mogła w obozie pomagać rodzącym.

Śliczne dzieci

Urodziła się w Łodzi 8 maja 1896 roku. Gdy miała 5 lat, jej ojca Stanisława, z zawodu stolarza, powołano do armii rosyjskiej w Turkiestanie. Matka Henryka po 14 godzin dziennie pracowała w fabryce włókienniczej. Mała Stasia, jak umiała, pomagała w domu przy rodzeństwie. W 1908 r. całą rodziną wyemigrowali za chlebem do Rio de Janeiro. Dzięki temu władała portugalskim i niemieckim, co przydało jej się w obozie. Już po powrocie, kiedy miała 20 lat, wyszła za Bronisława. Mieli czworo dzieci: Bronisława, Sylwię, Stanisława i Henryka. Jak wspominał najstarszy syn: „W domu (…) była piosenka, śpiew, dowcip, pocałunek, patrzenie w oczy, kwiaty. Małe niebo.” W pamięci dzieci zachował się obraz mamy modlącej się przed posiłkami, pracą, po przebudzeniu i przed snem. Gdy wchodziła do domu rodzącej, kreśliła znak krzyża nad sobą, nad mającą urodzić i nad nowo urodzonym. „Lubiłam i ceniłam swoją pracę, ponieważ bardzo kochałam małe dzieci” – napisała. „Może właśnie dlatego miałam tak wielką liczbę pacjentek, że nieraz musiałam pracować po trzy doby bez snu”. Jej córka Sylwia Leszczyńska-Gross po latach wspominała wyjście z mamą do teatru na operetkę „Krysia Leśniczanka”: „Mama prezentowała się pięknie w długiej sukni, miała na sobie błękitną chustę z naturalnego jedwabiu, zdobną w kwiaty ręcznie haftowane. W czasie przedstawienia na widowni rozległ się donośny głos: – Pani Leszczyńska jest wzywana do porodu. Mama wstała i bez żalu, i zdenerwowania, zabierając mnie ze sobą, opuściła teatr”.

W czasie II wojny uzyskała pozwolenie na poruszanie się po mieście po godzinie policyjnej. Przyjmowała porody bez względu na narodowość matek – od Polek, Żydówek, Niemek. W obozie urodziny każdego dziecka uznawała za coś niezwykłego. Więźniarki były dziesiątkowane przez dur brzuszny i plamisty, czerwonkę i inne choroby zakaźne. Leżały na resztkach sienników ubrudzonych kałem i krwią, pośród robactwa i szczurów, upasionych na ludzkim ciele, a rodziły piękne, jakby nietknięte przez te doświadczenia dzieci. „W obozie koncentracyjnym wszystkie dzieci – wbrew wszelkim przewidywaniom – rodziły się żywe, śliczne i tłuściutkie. Natura przeciwstawiając się nienawiści, walczyła o swoje prawa uparcie, niezłomnymi rezerwami żywotności” – zanotowała w „Raporcie”. Mówiła, że kiedy trzymała w rękach urodzonego w tym piekle na ziemi, przeżywała Boże Narodzenie.

Życie za życie

„Trzydzieści koi wydzielonych najbliżej pieca stanowiło tzw. sztubę położniczą” – pisze w „Raporcie”. W piecu nie palono, więc zimą nad głową rodzącej wisiały sople lodu. Jedynie w tym baraku po deszczach gromadziło się mniej wody niż w innych, bo podłogę wyłożono cegłami. O wodę do obmycia rodzącej i noworodka musiała starać się sama. Przyniesienie jednego wiadra z wodą pochłaniało jej około 20 minut. Niemowlętom starała się przygotować pieluszki z podartych prześcieradeł i choć kromkę chleba dla ich matek. „Robactwo wszelkiego rodzaju i w niezliczonej ilości wykorzystywało swoją biologiczną przewagę nad gasnącą żywotnością człowieka. Ofiarami stałej ofensywy robactwa i szczurów stawały się nie tylko chore kobiety, ale i nowo narodzone dzieci”. Nocami odpędzała ze śpiących więźniarek szczury, które próbowały je atakować. Maria Salomon, jedna z oświęcimskich młodych matek, wspomina: „Wszystkie ją kochałyśmy. To święty człowiek. Porody odbywały się na przewodzie kominowym. Leżał na nim tylko czarny cienki koc, drgający od wszy. Ona ratowała nas i naszą wiarę w Boga i ludzi. I to było może ważniejsze niż chleb”.

„Niemieccy lekarze obozowi Rohde, Koenig i Mengele nie mogli przecież »zbrukać« swego powołania lekarskiego niesieniem pomocy nie-Niemcom, toteż wzywać ich pomocy nie miałam prawa” – zanotowała Leszczyńska. Pomagały jej polskie lekarki: Janina Węgierska, Irena Konieczna, Irena Białówna. „Lekarz walczył o życie stracone i za stracone życie poświęcał własne” – podsumowuje we wspomnieniach.

Barbara Pierończyk-Pec, urodzona w obozie 17 maja 1944 roku, podkreśla, że „Mateczka” chrzciła z wody każde maleństwo. „W obozie dzieci nie mogą umrzeć bez chrztu” – mówiła. Dawała matkom nadzieję, ale kiedyś sama na chwilę ją straciła. Właśnie przyjęła poród kobiety z Wilna, skazanej za udzielenie pomocy partyzantom. Zaraz po nim wywołano jej numer. Okazało się, że jest wzywana do krematorium. „Owinęła dziecko w brudny papier i przycisnęła do piersi. Usta jej poruszały się bezgłośnie, widocznie chciała zaśpiewać maleństwu piosenkę (…). Nie miała sił, nie mogła wydobyć głosu. Tylko duże, obfite łzy wylewały się spod powiek na główkę małego skazańca”.

„Mateczka” zmarła 11 marca 1974 roku. Jej imię nosi wiele szkół położnych, domów samotnych matek, a także ulic. Ma swoje miejsce kultu w krypcie kościoła Wniebowzięcia NMP w Łodzi. W jej „Raporcie” znajduje się aktualne przesłanie, o którym mówił w Łodzi Jan Paweł II, stawiając za wzór Leszczyńską – obrończynię życia od poczęcia: „Jeżeli w mej Ojczyźnie – mimo smutnego z czasów wojny doświadczenia – miałyby dojrzewać tendencje skierowane przeciw życiu, to wierzę w głos wszystkich położnych, wszystkich uczciwych matek i ojców, wszystkich uczciwych obywateli w obronie życia i praw dziecka”. Warto o nim pamiętać.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    26 27 28 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    12 13 14 15 16 17 18
    19 20 21 22 23 24 25
    26 27 28 29 30 31 1
    2 3 4 5 6 7 8
    5°C Piątek
    rano
    7°C Piątek
    dzień
    9°C Piątek
    wieczór
    7°C Sobota
    noc
    wiecej »

    Reklama