Fałszywa informacja, realne skutki

Zmyślone wiadomości zaczynają odgrywać coraz większą rolę w kształtowaniu opinii publicznej.

Reklama

Program Studio Polska, który pojawił się na antenie TVP Info w ostatnią sobotę stycznia, poświęcony był niebezpieczeństwom, jakie grożą nam na skutek szalejących w przestrzeni publicznej fałszywych informacji. Prowadzący – Maciej Pawlicki – zaczął od takiej właśnie „wiadomości z ostatniej chwili”, jakoby UOP miał zatrzymać Ryszarda P., przewodniczącego partii Nowoczesna, pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Rosji. Wiadomość – dla uważnego odbiorcy co najmniej podejrzana (nie ma już UOP) – od razu została zdementowana i opatrzona komentarzem, że właśnie tego typu „fałszywki” stały się ważnym elementem realnego wpływania na opinię publiczną.

Autorom programu chodziło o mocny przykład i cel swój osiąg­nęli z naddatkiem, bo rzeczywiście wywołali całą lawinę wydarzeń – w realnym świecie. Dzień później Paulina Hennig-Kloska (Nowoczesna) stwierdziła, że to nie był przypadek, ale zaplanowane, podprogowe działanie „na zlecenie PiS”, mające na celu obniżenie wiarygodności lidera opozycji. Posłanka odpowiedziała happeningiem na happening, wyszła z telewizyjnego studia i zapowiedziała podjęcie dalszych kroków w tej sprawie. Można zatem powiedzieć, że medialna prowokacja udała się… aż za bardzo. Zobaczyliśmy bowiem, że fałszywa informacja, nawet podana w celach edukacyjnych i szybko zdementowana, natychmiast zaczyna toczyć się niczym kula śniegowa i ma realne konsekwencje. Tak wygląda świat mediów i polityki w czasach postprawdy.

Fabryka fake news

Zmyślone informacje funkcjonują dziś w mediach niemal na równi z prawdziwymi. Przy ogromnej liczbie nadawców, szybkości, z jaką wiadomość jest przekazywana, i trudności z dotarciem do jej faktycznego autora stosunkowo łatwo mieszać prawdę z fałszem. Podczas ostatnich wyborów prezydenckich w USA tzw. fake news (fałszywe informacje) na kilka dni przed głosowaniem doczekały się ponad 8,7 mln udostępnień na tamtejszym Facebooku. Dwie najważniejsze z nich dotyczyły rzekomego poparcia kandydata republikanów przez papieża oraz fikcyjnego raportu portalu WikiLeaks, który potwierdzał, że „Hillary sprzedawała broń tzw. Państwu Islamskiemu”.

Fałszywe informacje niegdyś kolportowane były głównie dla żartu, dziś preparuje się je w celu wpływania na opinię publiczną. Robią to wyspecjalizowane firmy na zlecenie lobbystów, polityków lub obcych wywiadów. Działają w cieniu, dziennikarzom udało się wytropić jedną z nich, całkowicie zresztą legalną, o nazwie (nomen omen) Disinformedia, która wypuściła fałszywą wiadomość o rzekomej śmierci agenta FBI, który doprowadził do wycieku e-maili Hillary Clinton. W tekście mającym blisko 2 mln wyświetleń na różnych portalach wszystko było zmyślone, z nazwą miejscowości włącznie.

Mechanizm infekowania mediów takimi fałszywkami jest stosunkowo prosty. Wrzutka pojawia się na jakimś niszowym portalu (ale do złudzenia przypominającym swoim wyglądem poważny tytuł), po czym jest rozsyłana na tysiące kont w mediach społecznościowych.

Czy fake news produkowane przez rosyjskie firmy mogły wpłynąć na wynik ostatnich wyborów w USA? Moskwie z pewnością wystarczy już sam fakt, że taką możliwość całkiem poważnie analizuje się dziś w mediach na całym świecie po ujawnieniu raportu amerykańskich służb wywiadowczych potwierdzającego rosyjską ingerencję. I nawet jeśli wybór Donalda Trumpa dokonał się bez względu na szum informacyjny, to z pewnością wysyp fałszywek podważył zaufanie do demokracji, co widać dziś na ulicach amerykańskich miast.

Rosyjskie trolle

W Polsce o rosyjskiej aktywności na tym polu wiadomo od dawna. Wciąż czeka na dokładną analizę (także kontrwywiadowczą) niebywała fala kłamliwych sensacji, jakie pojawiły się w naszych mediach po katastrofie smoleńskiej. Jesteśmy nieustannie infekowani na różne sposoby, także całkiem otwarcie, np. przez portal Sputnik, oferujący po polsku „alternatywne” informacje. Głównie po to, by krążyły potem po sieci. W czasie niedawnego szczytu NATO posunięto się na przykład do kolportowania fałszywych wywiadów z generałami Markiem Tomaszyckim i Mirosławem Różańskim, co spotkało się z oficjalnym ostrzeżeniem rzecznika MON.

Inny kanał dezinformacyjny to strony internetowe, zazwyczaj o dziwnych nazwach w rodzaju „Zmiany na Ziemi”. Jerzy Targalski, politolog i znawca tego tematu, wyliczył, że w Polsce działa ok. 20 niszowych portali, które zatruwają opinię publiczną propagandą produkowaną przez Rosję. Ostatnio głównym polem ich aktywności jest wzmacnianie animozji między Warszawą a Kijowem przez kolportowanie sensacyjnych informacji w rodzaju tej, jakoby Ukraina uznała Przemyśl za ziemię okupowaną przez Polskę.

Oczywiście nie jest tak, że rosyjskie trolle mają nad Wisłą wyłączność na fałszywe wiadomości. Niestety, fake news odgrywają coraz większą rolę także w prowadzeniu naszych wewnętrznych wojen politycznych i kulturowych. Mało tego, źródłem fałszywek coraz częściej nie są wcale działające w ukryciu firmy, ale poważne redakcje prasowe czy stacje telewizyjne. Jest to podwójnie groźne zjawisko, bo oprócz dezorientacji powoduje spadek wiarygodności IV władzy, mającej przecież stać na straży prawdy w życiu publicznym. Z istną kumulacją nieprawdziwych informacji w mediach mieliśmy do czynienia podczas debaty wokół obywatelskiego projektu ustawy w obronie życia.

W informacyjnej bańce

„Przeczytałam ustawę i jestem trochę w szoku. Bo nic mnie w niej nie szokuje. Myślałam, że nie można robić badań prenatalnych, że lekarz, który mnie uratuje, pójdzie siedzieć, jeśli płód umrze. Brednie” – wyznała w październiku znana aktorka Maja Bohosiewicz, ogłaszając zarazem: „ja się z czarnego protestu wypisuję”.

Weronika Zaguła, dziennikarka i popularna blogerka, wskazała cztery poważne kłamstwa na temat treści obywatelskiego projektu świadomie powielane w mediach liberalnych, otwarcie też zaangażowanych w promowanie czarnego protestu. W epoce internetu nic nie ginie i każdy może sprawdzić, że np. „Fakty” TVN zapowiadały: „Pomysł nowej ustawy to nie tylko zakaz aborcji, to także brak badań prenatalnych...”. Gazeta.pl straszyła zaś: „Nawet gdy do śmierci (a więc po prostu poronienia) dojdzie nieumyślnie, matce groziłoby do 3 lat więzienia”.

Ile osób nie wykazało się taką dociekliwością jak Maja Bohosiewicz? Ile kobiet do dziś jest przekonanych, że projekt przygotowany przez Ordo Iuris zawierał coś, czego tam nigdy nie było? Zapewne tak jest w przypadku większości osób wspierających czarny protest. Żyjemy bowiem zamknięci w tzw. bańkach informacyjnych, żywiąc się prawie wyłącznie wiadomościami dostarczanymi przez wybrane media i znajomych podzielających nasze poglądy. Jeszcze niedawno wydawało się, że w realiach internetu fałszywa wiadomość nie jest w stanie żyć dłużej niż kilka godzin. Teraz może być inaczej, bo w ramach ucieczki od wolności wielu Polaków stosuje autocenzurę i nie korzysta z innych niż to „ulubione” źródeł informacji, żyjąc w swoistych ekosystemach medialnych. Z kolei redakcje zaangażowane w prowadzenie ideologicznych czy politycznych kampanii stosują różne techniki podgrzewające emocje. Nie jest wcale trudno z prawdziwej wiadomości zrobić fałszywą. Klasyczny przykład – tytuły na wielu portalach wymyślane tak, by skłonić do kliknięcia w kryjącą się pod nimi informację, bardzo często świadomie redagowane bez związku z jej właściwą treścią. Bywa, że jest ona wręcz zaprzeczeniem tytułu, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z niepotwierdzonymi sensacjami. Dementi pojawia się dopiero po wejściu w szczegóły informacji, kłamstwo wisi na stronie głównej.

Wieloryb płynący Wisłą

Popularność słowa „postprawda” (potwierdzona niedawno przez słownik oksfordzki, który uznał, że jest to „słowo roku 2016”) wiąże się z zaistnieniem jednocześnie wielu zjawisk cywilizacyjnych. Oprócz przywołanych tu mechanizmów związanych z manipulacją szerzeniu się fake news sprzyja też… technologia. Na przykład algorytmy wyszukiwarek nie rozróżniają informacji prawdziwej od fałszywej, dając zarazem pierwszeństwo wiadomościom popularnym. A im bardziej są one szokujące, tym wyższa jest ich pozycja na wyświetlonej liście wyników. To zjawisko wykorzystują też redaktorzy portali, konstruując tytuły.

Inną okolicznością jest swoista fascynacja wiadomościami zmyślonymi. Od lat wykorzystują ją wydawcy tabloidów, bezczelnie informując z pierwszych stron np. o wielorybie płynącym Wisłą. Na Ukrainie sporą popularność zyskał portal UaReview, który publikuje fałszywe wiadomości dotyczące rzeczywistych osób i aktualnych wydarzeń. Jego twórca Roman Hołubowski powiedział Polskiemu Radiu, że nigdy nie przypuszczał, iż ktoś może wziąć publikowane tam teksty na poważnie. Tymczasem wiele z nich, kopiowanych i powielanych, także przez dziennikarzy, zaczyna żyć własnym życiem.

W Polsce istnieje podobny portal o nazwie ASZdziennik. Zasłynął podczas ostatnich wyborów, kiedy to umieścił informację, że na żądanie KRRiT telewizja będzie emitowała spoty wyborcze Michała Boniego i Karola Karskiego dopiero po godzinie 23, ponieważ „zagrażają one psychicznemu rozwojowi małoletnich”. Ówczesny przewodniczący KRRiT w oficjalnym piśmie do właściciela portalu zażądał… sprostowania nieprawdziwej informacji. Jan Dworak oczywiście wiedział, że to żart, ale – jak twierdził – tej świadomości nie miało bardzo wielu odbiorców, zwłaszcza tych, do których informacja dotarła z drugiej ręki.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • Gość
    21.02.2017 22:49
    za to Legutko zawsze mówi czystą prawdę
  • Gość
    14.03.2017 09:10
    Super artykuł. Trzeba o tym często przypominać żeby ludzie byli bardziej krytyczni ( czyli myślàcy), w stosunku do tego co słyszà lub czytajà w mediach.
  • gr3
    16.03.2017 17:56
    Fundamentalna granica pomiędzy lewicą a prawicą polega właśnie na ich stosunku do prawdy. Prawica uznaje istnienie prawdy, uznaje ją za coś obiektywnego. Lewica odrzuca istnienie prawdy. Czasem mówi o "prawdzie subiektywnej", "każdy może mieć swoja prawdę", "leży gdzieś po środku" itd.
    A przecież nie można nazywać "prawdą" czegoś, co nie istnieje obiektywnie.
    To wszystko ma swoje poważne konsekwencje. Np. na lewicy każdy może sobie sam uznać kiedy zaczyna się życie człowieka. Tworzenie "faktów" nie jest niczym złym itd. Inną konsekwencją jest to, że z lewicą nie jest możliwe porozumienie, a co najwyżej kompromis.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    12 13 14 15 16 17 18
    19 20 21 22 23 24 25
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    4°C Środa
    noc
    5°C Środa
    rano
    8°C Środa
    dzień
    8°C Środa
    wieczór
    wiecej »

    Reklama