Tu nie dobija się koni

– Ogier idzie! – krzyczy właściciel sztuma. Tłum rozdyskutowanych mężczyzn rozstępuje się. Koń niczym model na wybiegu pręży pęciny i kark. Choć wydaje się, że nie ma warunków – jest rasy zimnokrwistej – krępy i szeroki.

Reklama

Stuka po betonie kopytami jak baba na szpilkach – dowcipkują oglądający. – Po 9 tys. za te gniade kobyły. 15 za białego ogiera – hodowcy przekrzykują rżenie koni. – Ale pani coś opuścimy – słyszę słowa zachęty. Na „Wstępach” – jarmarku końskim w Skaryszewie – trzeba mieć oczy z obu stron głowy. Prezentowane przez hodowców zwierzęta, podenerwowane obecnością tylu ludzi, znienacka stają dęba, wyrywają się, mocując z trzymającymi je na uwięzi. Jakiegoś mężczyznę niosą do karetki pogotowia z krwawiącą łydką, bo nie uskoczył w porę przed końskim kopytem.

– Sprzedaży na mięso nie będzie – deklaruje Jan Buczek ze Związku Hodowców Koni w Kielcach, od 30 lat zajmujący się hodowlą ogierów do pokrywania klacz. – Oddanie konia na ubój to grzech. Chyba że ma wadę jakąś, na przykład kulawiznę. – Jak ino jest jaki przypakowany, to się każden zimnokrwisty nadaje na kiełbaski – słyszę od kupujących kilka boksów dalej. Nie chcą się przedstawić z obawy przed obrońcami zwierząt. Z niechęcią patrzą na mój notes i długopis, uznając, że jestem jedną z nich i zbieram dowody na to, jak źle traktują konie. – Jakbyśmy koni nie lubili, tobyśmy ich nie trzymali – mówi pan Zbigniew z Krzemienia, koniarz po dziadku Michale. – Tylko miłośnicy hodują konie zimnokrwiste. Dziś rolnicy mają maszyny, konie służą tylko do zaprzęgu, jazdy wierzchem, pokazów rekonstrukcyjnych, ale to nieduży zysk. Gdyby nie można było ich sprzedawać na ubój, hodowla by całkiem upadła. Nie byłoby z czego zdrowej, młodszej reszty utrzymać.

Interwencje

„Wstępy” – najstarszy koński jarmark w Europie, po raz pierwszy odbył się w 1432 r. w Skaryszewie. Jego nazwa wzięła się stąd, że rolnikom do pracy na roli potrzebne były konie zimnokrwiste już na przedwiośniu. Na ich kupno wybrali sobie tzw. wstępny poniedziałek po pierwszej niedzieli Wielkiego Postu. Zakon miechowitów, do którego należał Skaryszew, otrzymał od Władysława Jagiełły przywilej na dwie, jak zapisano – „targowice”. Jedną z nich był jarmark organizowany do dziś. W najlepszych latach hodowcy przywozili do Skaryszewa nawet ponad 2 tys. koni. W tym roku ich liczba nie jest imponująca. – Wiaty nie są pełne, więc koni może być 200, góra 240 – mówi lekarz weterynarii Stanisław Tęsiorowski, szef interwencji weterynaryjnej jarmarku, na co dzień wojewódzki inspektor weterynarii na Mazowszu. A obrońcy zwierząt alarmowali w mediach: „W nocy z 5 na 6 marca do Skaryszewa zjadą setki koni, które pod osłoną ciemności będą sprzedane na rzeź. Wiele z nich czeka długi, makabryczny transport przez obce kraje do krwawej rzeźni w ubojniach we Włoszech i Niemczech”. Sugerowali też, że zwierzęta są przewożone w złych warunkach, chore, bite przez sprzedających. Podczas pięciu godzin chodzenia po jarmarku tylko raz widziałam, jak właściciel dyscyplinował wierzgającego ogiera batem. – Uważaj – zwrócił mu uwagę kolega – ekolożki patrzą i zrobią z igły widły. Inspektor Tęsiorowski od północy do trzeciej nad ranem sprawdzał stan zdrowia zwierząt i warunki, w jakich zostały przetransportowane. Rozładunek kontrolowało ponad sto osób z organizacji broniących zwierząt. Wielokrotnie do wykrytych przez siebie nieprawidłowości wzywali jego i innych z tzw. interwencji weterynaryjnej jarmarku. Mazowiecka inspekcja weterynaryjna skierowała tu 30 pracowników weterynaryjnych i 10 lekarzy weterynarii, także spoza województwa. – Kilka razy musiałem przyznać, że konie są brudne, ale nic im nie dolegało, więc nie bardzo było jak interweniować. Jeden miał stare otarcie, a jeden przyjechał z wydzieliną ropną z nosa, w marnej kondycji i kazałem go wyprowadzić z pola. Wszystkie środki transportu spełniały obowiązujące wymogi.

Zęby i uszy

Gdyby nie sztuczne oświetlenie, byłoby tu ciemno. Nie tylko dlatego, że handel rozpoczął się o piątej rano i słońce jeszcze nie wstało, ale też od gęstego tłumu mężczyzn, którzy przyjechali kupić konie. Wysocy, ciepło ubrani, widać, że na co dzień gospodarze pełną gębą, nadają powolny rytm przesuwającemu się środkiem wiat tłumowi. Napotykam ścianę, próbując ich wyprzedzić lub się cofnąć. Nie czuć tu, jak na ulicy w mieście, zapachu męskich wód kolońskich, ale końskie gazy po świeżo zjedzonym owsie. Mądre łby koni sztumskich, sokólskich, belgijskich, jeden koło drugiego wyglądają znad barierek. Najwięcej hodowców zgromadziło się wokół ważącego ponad tonę dorodnego ogiera ze stadniny Nowe Jankowice. Podziwiają jego mocną budowę i kręconą grzywę. – Jeden trzyma konie, drugi gołębie, inny za babami lata – śmieją się. – Każde z tych zajęć trzeba kochać. – Rasa, którą sprzedajemy, nazywa się zimnokrwista, bo należące do niej konie potrafią zachować zimną krew podczas ciężkiej pracy w gospodarstwie, są ciężkie, o dużej masie ciała, stępaki, spokojne, z dobrym charakterem – wyjaśnia mi Jan Buczek, który sprzedaje ogiera przy wejściu do wiaty. Potem o rozmowę jest nieco trudniej. Pan Zbigniew z Krzemienia odpowiada mi na pytanie, dopiero kiedy dowiaduje się, że jestem z redakcji katolickiej. – To pani kłamstwa nie napisze – argumentuje. Przyjechał z synem Przemkiem, który uczy się na kucharza, ale w duszy, jak tacie, grają mu konie. Ojciec pana Zbigniewa, Michał, też ma cztery konie. On – ogiera kryjącego, klacz ze źrebakiem i źrebicą.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

  • Gość
    22.03.2017 08:24
    Czytałam w Internecie, że one są tam także sprzedawane na rzeź. Jeśli tak jest to bardzo niedobrze i nie należy tego pochwalać. Kiedyś widziałam w prasie zdjęcia jak coś takiego wygląda. Brutalnie wepchnięte do ciężarówki (ostrym kijem w zad), jadą w ciasnocie, bez jedzenia i picia kilka dni do Francji albo Włoch z połamanymi nogami. Są bite łańcuchami do krwi => widziałam zdjęcie konia z zakrwawionymi oczami. Jak w ogóle można te piękne zwierzęta sprzedawać na mięso. Koń to zwierzę towarzyszące człowiekowi od zarania dziejów, patrz: Polscy Królowie.
  • Gość
    16.04.2017 08:33
    Zgadzam się. Dla mnie jedzenie koniny to KANIBALIZM.
  • Gość
    17.04.2017 12:43
    Nie dobija? Ale wywozi dobijać gdzie indziej... Też mi różnica...
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10
    11 12 13 14 15 16 17
    18 19 20 21 22 23 24
    25 26 27 28 29 30 1
    2 3 4 5 6 7 8
    26°C Czwartek
    wieczór
    24°C Piątek
    noc
    20°C Piątek
    rano
    23°C Piątek
    dzień
    wiecej »

    Reklama