Tu nie dobija się koni

– Ogier idzie! – krzyczy właściciel sztuma. Tłum rozdyskutowanych mężczyzn rozstępuje się. Koń niczym model na wybiegu pręży pęciny i kark. Choć wydaje się, że nie ma warunków – jest rasy zimnokrwistej – krępy i szeroki.

Reklama

– Warto koniowi zaglądać w zęby? – pytam. – Zwłaszcza przy zakupie, bo kto się zna, to po zębach może określić, ile koń liczy lat – odpowiada. – Niektóre mają wady zgryzu, czyli tzw. zęby zakładnie, gorzej potem trawią. Jak który kładzie po sobie uszy, to znak, że będzie gryzł, kopał. Bywają takie narowiste, że nie dadzą się ułożyć. Nie mogą wtedy chodzić w zaprzęgu. – Z koniem trzeba pracować jak z dzieckiem, uczyć zaprzęgu, żeby podawał nogę, kiedy trzeba obrobić kopyta – dopowiadają koledzy pana Zbigniewa. – To wymaga pracy na co dzień. – My kochamy swoje konie – podkreśla pan Zbigniew. – Ale jak który stary, kulawy, to tak jak kury, świnie, woły – idą na zabicie. Na dożywocie ich się trzymać nie opłaca. – Kulawego nie można wziąć ani do bronowania pola, ani do zwożenia drewna z lasu – wylicza pan Mietek z Nowej Słupi. – Przeciętnie koń żyje 20, 30 lat i co z nim potem robić? – pyta. Hodowcy obliczają, że miesięczne utrzymanie zwierzęcia bez uwzględniania pracy własnej wynosi co najmniej 300 zł. Z opłatami za stancję – około tysiąca złotych. – Zwykle hodowla liczy od 4 do 14 koni. Żeby przetrwała, trzeba te nieużyteczne oddać na mięso – mówią. – Chociaż serce się ściska. Tylko trzeba podchodzić do tego humanitarnie – nie zadawać mu męki.

Zmiany

Obrończynie zwierząt z Fundacji „Tara”, bo gros z nich to panie, stoją przy świeżo kupionej klaczy z kucykiem. Odpowiadają mi półsłówkami, za to jedna wdaje się w głośną kłótnię z hodowcą, który zwraca jej uwagę, że źle traktuje zwierzę. – Jak oni nam, tak my im – mężczyzna komentuje na boku. Niespokojna klacz wierzga kopytami, a kobieta coraz mocniej ściska jej uprząż.

– Ekolodzy sprzedają opinii publicznej nieprawdę – mówi mi kibicujący utarczce hodowca. – Kto z nas by tu na oczach ludzi bił zwierzęta albo przywoził chore? Pewnie mają w tej fundacji etaty, więc się muszą starać, żeby ludzie odprowadzali 1 proc. na ich działalność. Dwa konie, z którymi czekają na transport panie z „Tary”, wyglądają na zaniedbane, mają pozlepianą od brudu sierść. Dołączą do setki innych żyjących w warunkach przypominających wolność, w stadninie fundacji pod Wrocławiem. – Uratowaliśmy je od pójścia na rzeź i od kilkunastogodzinnego transportu w urągających warunkach na ubój do Włoch – mówi Paweł Bazan, broniący zwierząt wolontariusz, który przyjechał specjalnie z Pragi. Fundacja, którą reprezentuje, stara się o prawny zapis uznający konia za zwierzę towarzyszące człowiekowi, a nie, jak dotąd, za zwierzę gospodarcze. – Nie chcemy likwidować jarmarku, ale zmienić podejście hodowców do koni – podkreśla. – Już coś się zmieniło – jest nadzór weterynaryjny, policja.

– Zastrzeżenia obrońców zwierząt dotyczą przeszłości – mówi inspektor Tęsiorowski. – W 2012 r. jarmark odbywał się na polu, konie przywiązywano do środków transportu i stały pod gołym niebem. Dzięki protestom obrońców zwierząt powstały wiaty. Spełniają wszystkie wymagania. Na parkingu jarmarku nie widać ani jednej ciężarówki do przewozu zwierząt z Włoch. Jedna ma rejestrację rumuńską, kilka samochodów – niemieckie. – Transport polskich koni bez wiedzy polskich weterynarzy nie jest możliwy – wyjaśnia inspektor Tęsiorowski, obalając argumenty obrońców zwierząt. – Każdy koń ma swój paszport, a te znajdujące się pod opieką programów unijnych – chipy. Inspekcja weterynaryjna jest skomputeryzowana, dlatego zwierzę nie może przecisnąć się niezauważone przez naszą granicę. Poza tym każde zwierzę w granicach UE musi być zaopatrzone w świadectwo zdrowia. Na jarmarku nikt takiego nie wydaje, więc jeśli ktoś chciałby wywieźć za granicę kupionego tu konia, musi jechać do tzw. miejsca gromadzenia zwierząt. Dopiero wtedy uzyska takie świadectwo i może załadować zwierzę do środku transportu dostosowanego do ponadośmiogodzinnej jazdy.

– Stare to? – pyta kupujący właściciela ogiera. – 3 lata – pada odpowiedź. Nabywca chwyta pysk ogiera w dłonie, a on wpycha je między nie. – Sprzedaję go, bo jest z mieszanych rodziców, nie pasuje do programu unijnego – mówi sprzedawca. – Ale szkoda się rozstać. Bo jest wśród rolników wielka miłość do koni. Nawet wiekowi hodują je bez zysku, żeby odeszły z nimi. •

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

  • Gość
    22.03.2017 08:24
    Czytałam w Internecie, że one są tam także sprzedawane na rzeź. Jeśli tak jest to bardzo niedobrze i nie należy tego pochwalać. Kiedyś widziałam w prasie zdjęcia jak coś takiego wygląda. Brutalnie wepchnięte do ciężarówki (ostrym kijem w zad), jadą w ciasnocie, bez jedzenia i picia kilka dni do Francji albo Włoch z połamanymi nogami. Są bite łańcuchami do krwi => widziałam zdjęcie konia z zakrwawionymi oczami. Jak w ogóle można te piękne zwierzęta sprzedawać na mięso. Koń to zwierzę towarzyszące człowiekowi od zarania dziejów, patrz: Polscy Królowie.
  • Gość
    16.04.2017 08:33
    Zgadzam się. Dla mnie jedzenie koniny to KANIBALIZM.
  • Gość
    17.04.2017 12:43
    Nie dobija? Ale wywozi dobijać gdzie indziej... Też mi różnica...
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10
    11 12 13 14 15 16 17
    18 19 20 21 22 23 24
    25 26 27 28 29 30 1
    2 3 4 5 6 7 8
    27°C Niedziela
    wieczór
    24°C Poniedziałek
    noc
    18°C Poniedziałek
    rano
    22°C Poniedziałek
    dzień
    wiecej »

    Reklama