Niemcy zwycięzcą Brexitu

Nie Warszawa ani Wiedeń, nie Madryt ani Paryż, ale Frankfurt wygrał wyścig o miano nowej stolicy światowej finansjery. To tam przeniosą z Londynu swoje siedziby i miejsca pracy największe banki i inne instytucje po wyjściu Wielkiej Brytanii z UE.

Reklama

Wiele europejskich metropolii, w tym Warszawa, ostrzyło sobie zęby na „spadek” po Wielkiej Brytanii. A ściślej – na centrale i intratne posady w najważniejszych instytucjach finansowych, które ciągle jeszcze mają swoje siedziby w londyńskim City. Tymczasem wielkim wygranym tego wyścigu okazały się Niemcy. To tam powstanie najwięcej, na chwilę obecną, miejsc pracy w związku z przeniesieniem siedzib wielu banków, biur maklerskich, firm analitycznych z Londynu po formalnym Brexicie.

Żyła złota

Dzięki londyńskiej dzielnicy City (właściwie posiadającej własne prawa miejskie) Londyn ciągle jeszcze znajduje się w gronie czterech światowych centrów finansowych – obok Nowego Jorku, Tokio i Hongkongu (choć czasem za równie ważne uznaje się Singapur i coraz częściej Szanghaj). To notowania na giełdach w tych metropoliach przykuwają codziennie uwagę inwestorów całego świata. To w Londynie – skupmy się na tym jednym – każdego dnia mają miejsce tysiące operacji finansowych, od których zależy cały szereg procesów w powiązanej ze sobą siecią zależności globalnej wiosce. Dla Brytyjczyków zatem City jest ciągle symbolem potęgi państwa, choć coraz mocniejsze jest również przekonanie, że to centrum światowych przekrętów, gdzie garstka finansowej arystokracji decyduje o losach miliardów ludzi. Cała dzielnica zajmuje powierzchnię zaledwie 1 mili kwadratowej (ok. 1600 metrów kwadratowych), na której instytucje bankowe, ubezpieczeniowe, maklerskie, handlowe i wiele innych zatrudniają tysiące pracowników. Wyobraźnię pobudzają też dane dotyczące zarobków dość wąskiej w tym gronie, ale za to najbardziej wpływowej grupy bankierów: ponad 2500 z nich zarabia rocznie ponad 1 mln euro rocznie (każdy), co jest kwotą dużo wyższą niż zarabiają najlepsi bankierzy w innych krajach europejskich. Te zarobki oczywiście wcale nie zmalały po wielkim kryzysie, jaki parę lat temu dotknął świat zachodni, m.in. za sprawą działalności niektórych banków, w tym również tych mających siedziby w City of London. To tylko utwierdziło ludzi w powszechnym przekonaniu, że na kryzysie wywołanym przez światową finansjerę stracili wszyscy, tylko nie sami odpowiedzialni. Dla Wielkiej Brytanii City of London to symboliczny, ale również bardzo konkretny przejaw brytyjskiej potęgi. Odbywające się tutaj operacje finansowe (łącznie z profesjonalnym doradztwem z tym związanym) generują rocznie przychód w wysokości prawie 200 mld funtów, co stanowi 12 proc. brytyjskiej gospodarki.

Bitwa o banki

Nic dziwnego, że po ogłoszeniu wyników zeszłorocznego referendum w sprawie Brexitu zaczęto zastanawiać się, co będzie z tak dobrze prosperującym centrum finansowym – czy wyjście Wielkiej Brytanii z UE jest równoznaczne z przeniesieniem centrali instytucji finansowych do innych krajów, a tym samym pozbawieniem Londynu dotychczasowego statusu jednego z wielkich centrów finansowych świata. Odpowiedź jest złożona. Z jednej strony nie ma teoretycznie powodów, by te centrale gdziekolwiek przenosić. Z drugiej jednak – w świecie inwestorów liczy się poczucie pewności. A dopóki nie będzie wiadomo, na jakich dokładnie warunkach Wielka Brytania opuści Unię, a tym samym, jakie zasady wzajemnych relacji Wysp z krajami unijnymi będą obowiązywać, lepiej pomyśleć o bardziej pewnym terenie, gdzie prowadzenie dotychczasowej działalności będzie zagwarantowane. W praktyce może się okazać, że londyńskie City wcale nie przestanie działać. Przeciwnie, są sygnały wskazujące na to, że wiele firm z Europy… przeniesie właśnie tam swoje centrale, gdy okaże się, że wynegocjowane warunki rozwodu z Unią są sprzyjające dla danego sektora. Na razie jednak widoczna jest tendencja odwrotna i wielu istotnych graczy z londyńskiego City już zaklepało sobie miejsca na nowe siedziby w krajach kontynentu. Banki z Londynu muszą mieć bowiem pewność, że będą mogły korzystać ze wspólnego rynku, by móc traktować swoich klientów tak samo, jak są traktowani klienci z pozostałych krajów. Wiele firm jeszcze się waha co do wyboru nowej stolicy, więc piłka jest ciągle w grze. Na razie wyścig wygrywają jednak zdecydowanie Niemcy.

Niemcy biorą większość

Stawką jest ok. 13 tys. miejsc pracy w samych instytucjach bankowych i operacje finansowe na kwotę blisko 2 bilionów funtów (dane think-tanku Bruegel). Z analizy dokonanej przez agencję Bloomberg, specjalizującą się w analizach dotyczących rynków finansowych, wynika, że do Frankfurtu już przenosi się z Londynu 2850 miejsc pracy z instytucji bankowych. Na liście znajdują się m.in. tacy gracze jak Morgan Stanley, Goldman Sachs, UBS czy CitiGroup. Po Frankfurcie długo, długo nic i na drugim miejscu, z wynikiem 1400 miejsc pracy jest Paryż, a na trzecim Dublin, z liczbą 150 miejsc. Walka toczy się jeszcze aż o 9000 pozostałych miejsc pracy – firmy albo są jeszcze niezdecydowane, który kierunek wybrać, albo czekają na wyniki negocjacji brexitowych. Tendencja jednak wyraźnie pokazuje, że to Frankfurt może liczyć na zgarnięcie największej liczby pozostałych stanowisk. I nie ma się co dziwić: niemiecka metropolia od lat zapewnia świetną infrastrukturę i ogólne warunki dla finansowych gigantów. Tutaj również znajduje się siedziba Europejskiego Banku Centralnego, który zawiaduje strefą euro. Liczy się także szerszy kontekst, czyli fakt, że mowa o mieście, które znajduje się w najsilniejszym kraju Unii Europejskiej, a po wyjściu Wielkiej Brytanii z UE wręcz prawdziwym hegemonie na kontynencie. W tym kontekście trochę zabawnie brzmiały marzenia, wyrażane przez wicepremiera Mateusza Morawieckiego, który mówił o ściągnięciu do Warszawy centrali finansowych z Londynu. Chociaż przykład Dublina pokazuje, że warto zawalczyć chociaż o część tego, co jest „do wzięcia”. Pytanie zasadnicze brzmi jednak, czy Niemcy, pomimo niewątpliwych walorów dla światowej finansjery, powinny stać się gospodarzem tak dużej liczby centrali bankowych, które do tej pory funkcjonowały nad Tamizą.

Hegemonia sprzeczna z integracją

Z jednej strony to naturalny proces: kto ma lepsze warunki, ten wygrywa, więc wygrał Frankfurt. Prosta i zdrowa zasada wolnej konkurencji. Z drugiej jednak strony trudno na to patrzeć wyłącznie w kategoriach biznesowych. Jest to bowiem kolejny krok w kierunku zachwiania i tak już mocno naruszonej równowagi w Europie. Równowagi względnej, bo siła danego kraju i jego gospodarki nie jest rzeczywistością, którą można odgórnie zadekretować i wyznaczyć za pomocą linijki. Ale jednak u podstaw integracji europejskiej – obok pojednania narodów na zgliszczach II wojny światowej, w pierwszej kolejności pojednania niemiecko-francuskiego – legło również przekonanie o konieczności zachowania względnej równowagi na kontynencie, głównie po to, by nie dopuścić do odrodzenia niemieckiej dominacji. Prawdziwą ironią historii jest to, że od paru dekad obserwujemy proces dokładnie odwrotny. Odejście z Unii Wielkiej Brytanii, największej obok Niemiec gospodarki europejskiej, w sposób naturalny przechyla tę wajchę jeszcze mocniej na stronę realnego hegemona. Jeśli do Niemiec również przeniesie się londyńskie City, to w wymiarze nie tylko symbolicznym równowaga europejska stanie się pogrzebanym i w gruncie rzeczy nigdy nie zrealizowanym mitem założycielskim zjednoczonej Europy. To niebezpieczne nie tylko w wymiarze politycznym. Wspomniana przed chwilą zasada zdrowej konkurencji, w której wygrywa lepszy, nie wyklucza przecież regulacji antymonopolowych. Bo nadmierna koncentracja środków i możliwości w rękach hegemona – czy to gospodarczego, czy finansowego, czy politycznego (nie mówiąc o trzech w jednym) – zabija nie tylko równowagę, ale właśnie wolną konkurencję. Tymczasem w Unii Europejskiej, której instytucje, zwłaszcza Komisja Europejska, lubują się w licznych regulacjach i które doprowadziły nie tylko do przeregulowania w wielu obszarach gospodarki, ale i życia społeczno-politycznego (często wykraczając poza swoje kompetencje traktatowe), w tej właśnie Unii zarazem zabrakło mechanizmu i woli, by odpowiednimi regulacjami zapobiec nadmiernej koncentracji kapitału polityczno-gospodarczo-finansowego w jednym, coraz potężniejszym państwie. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • Gość
    01.09.2017 09:54
    Nie tęsknijmy za bardzo do światowych instytucji finansowych, kolejne kryzysy finansowe pokazały, że z ich uczciwością może być różnie (polecam film "Big Short"). Jest po portal katolicki, więc śmiało można powiedzieć - starajmy się być jak najbliżej Boga.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    27 28 29 30 31 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    1 2 3 4 5 6 7
    11°C Czwartek
    noc
    11°C Czwartek
    rano
    12°C Czwartek
    dzień
    13°C Czwartek
    wieczór
    wiecej »

    Reklama