Stany węglowe Ameryki

Za Baracka Obamy węgiel w USA miał odejść do lamusa. Tymczasem amerykańskie kopalnie i górnicze miasta wracają do życia, a ich węgiel kupują nawet „zielone” Niemcy i Francja. Czy Ameryka Trumpa przeżywa nową rewolucję przemysłową?

Reklama

Zamierzamy wyłączyć wiele kopalń węglowych i firmy górnicze – zapowiadała Hillary Clinton w kampanii wyborczej w 2016 roku. Było to zgodne z dotychczasową linią administracji Baracka Obamy, według której węgiel „nie posiada już wartości rynkowej”, jak mówiła w 2015 r. Gina McCarthy z Agencji Ochrony Środowiska. Nie kryła swoich ambicji, by zostać grabarzem przemysłu węglowego w USA. Wygrana Clinton miała jej to umożliwić. Teraz jednak okazuje się, że górnictwo amerykańskie przeżywa renesans.

Węgiel w różowych barwach

Tak przynajmniej sprawę przedstawił ostatnio „Wall Street Journal”, który w entuzjastyczny sposób doniósł, że w porównaniu z ostatnim rokiem produkcja w kopalniach kilku stanów poszła mocno w górę, a tym samym wzrosły ich przychody. Tygodniowa produkcja węgla, zgodnie z danymi WSJ (gazeta powołuje się na dane Biura Analiz Ekonomicznych amerykańskiego Departamentu Handlu), ma być o 14,5 proc. wyższa niż w ubiegłym roku, a w niektórych stanach jeszcze wyższa od tej średniej – o 19 proc. w Zachodniej Wirginii, 19,7 proc. w Pensylwanii i 19,8 proc. w Wyoming. Ożywienie produkcji przeżywają również stany Montana, Kentucky i Nowy Meksyk, a wraz z produkcją odżywają całe miasteczka i lokalne społeczności, które wzbogacają się o setki nowych miejsc pracy. Ale to nie wszystko – dane dotyczące eksportu węgla mówią o aż 58-procentowym wzroście w stosunku do poprzedniego roku. Krótko mówiąc, węgiel amerykański, który do najtańszych nigdy nie należał, staje się coraz atrakcyjniejszym surowcem dla rynków zagranicznych.

Jeśli wszystko rzeczywiście wygląda tak różowo, to może się okazać, że Stany Zjednoczone pod rządami Trumpa zadadzą ostatecznie kłam obowiązującej na Zachodzie poprawności politycznej, która każe zapomnieć o węglu jako źródle energii. Tym bardziej że z amerykańskiego węgla w najlepsze korzystają również te kraje, które na innych próbują wymóc rezygnację z górnictwa i narzucają tzw. zieloną energię, z której produkcji zyski czerpią ich rodzime koncerny energetyczne.

Gra w zielone

Jak wyglądała polityka węglowa w czasie prezydentury Baracka Obamy? Jego administracja, być może kierując się skądinąd słusznym postulatem ograniczania zanieczyszczenia powietrza, starała się początkowo skupić na stworzeniu prawa, które mocno ograniczałoby emisję rtęci i zabezpieczało przed szkodliwymi pyłami powstającymi w czasie produkcji. Były to jednak działania na tyle radykalne, że w ich efekcie niemożliwe stałoby się zbudowanie nowych elektrowni węglowych. „Wall Street Journal” przypomina, że kolejnym krokiem był wielki plan Czysta Elektrownia z 2015 roku, który w praktyce wymusiłby przedwczesne zamknięcie wielu kopalń. Ludzie Obamy skutecznie wpłynęli również na obniżenie wartości eksportowej rodzimego węgla. Jeszcze w ubiegłym roku, a więc tuż przed wyborami prezydenckimi, Departament Zasobów Wewnętrznych podpisał nowe umowy najmu na gruntach federalnych i ocenił na nowo – niekorzystnie dla kopalń – płatności za licencje, co sprawiło, że rentowność kopalń drastycznie spadła, tym samym zatrzymując nowe inwestycje. Eksperci WSJ zauważają, że dotknęło to szczególnie takie stany jak Wyoming czy Montana, gdzie węgiel był wyjątkowo dobrej jakości i jednocześnie niezbyt drogi w wydobyciu, co w naturalny sposób wpływało na jego atrakcyjność eksportową.

Zamiana kolorów

Jedną z pierwszych decyzji nowej administracji Białego Domu było stopniowe odkręcanie tych regulacji poprzedników. Donald Trump mówił przy tym, że Barack Obama prowadził „wojnę z węglem”. Rządowe agencje i departamenty z nowego rozdania w ciągu paru miesięcy zniosły niekorzystne dla kopalń przepisy, co poprawiło rentowność i eksportową atrakcyjność węgla. Na korzyść nowej ekipy działały rosnące ceny gazu, które od marca 2016 r. wzrosły aż o 63 proc., co sprawiło, że węgiel stał się jeszcze bardziej konkurencyjny dla tego surowca. Najbardziej przerażeni takim obrotem sprawy były oczywiście koncerny, które na walce z ociepleniem klimatu zbiły w ostatnich dekadach prawdziwe fortuny. Zwłaszcza rosnący eksport amerykańskiego węgla musiał stanowić dla nich twardy orzech do zgryzienia. Problem w tym, że największymi odbiorcami czarnego surowca z Ameryki Donalda Trumpa okazały się kraje, które na międzynarodowych forach najgłośniej nawołują do stopniowego wycofywania się z węgla jako źródła energii: Francja i Niemcy.

Dane są bezlitosne dla „zielonego” lobby (rozróżniamy tu oczywiście ideologicznie i biznesowo uwikłane środowiska od tych, które nawołują do racjonalnego, zrównoważonego rozwoju): okazuje się bowiem, że tylko w pierwszym kwartale tego roku eksport węgla z USA do Francji wzrósł aż o 214 procent! Niemcy importowali w tym czasie 94 proc. amerykańskiego węgla więcej niż rok wcześniej, a Wielka Brytania – tu już mniejsza niespodzianka, choć wzrost importu ogromny – o 282 procent. Ironią losu jest to, że na przykład Niemcy amerykańskim węglem właśnie wypełniają luki energetyczne spowodowane zamykaniem elektrowni jądrowych i korzystaniem z coraz mniej wydajnych (a drogich) odnawialnych źródeł energii.

Tani fake news?

Z tą optymistyczną wizją, nakreśloną przez „Wall Street Journal”, polemizują przeciwnicy Donalda Trumpa i sprzyjające im media. Na szczególną uwagę zasługuje polemika zamieszczona w „Daily Kos”, platformie skupiającej blogi i fora internetowe koncentrujące się na szeroko rozumianej polityce liberalnej. Autor najciekawszej polemiki, Mark Sumner, dane rządowego Biura Analiz Ekonomicznych, przywołane przez WSJ, konfrontuje z danymi pokazującymi nieco szerszy kontekst, przekonując, że to nie rządy Donalda Trumpa przyczyniły się do wzrostu produkcji węgla. Autor przyznaje, że porównując wyniki z pierwszego kwartału w tym roku z analogicznym okresem w roku poprzednim, można mówić o wzroście: ze 173 mln ton tygodniowo w 2016 r. do 193 mln ton tygodniowo w roku bieżącym. Tyle tylko – przekonuje Sumner – że zwolennicy Trumpa i WSJ nie pokazują danych z wcześniejszych okresów, gdzie słupki wykazywały o wiele większą produkcję niż obecnie. I rzeczywiście, w 2012 r. w szczytowym kwartale produkcja przekraczała 280 mln ton, a pod koniec 2014 r. osiągała prawie 260 mln ton. Co więcej, gdyby porównać ostatni kwartał 2016 r. z pierwszym kwartałem 2017 r., to widać wyraźną przewagę okresu z samej końcówki rządów Obamy. Kto zatem ma rację w tym sporze?

Kolejka po węgiel

Po pierwsze, publicysta „Daily Kos” pomija fakt, że dwa pierwsze kwartały 2016 r. odznaczały się tak gwałtownym spadkiem produkcji, jak jeszcze nigdy w ciągu ostatnich lat (odpowiednio 173 mln i 160 mln ton – podczas gdy w 2015 było to 240 mln i ok. 215 mln ton). Nie da się tego zinterpretować inaczej, jak właśnie wprowadzaniem w życie wspomnianych na początku regulacji, mających na celu wygaszanie niektórych kopalń i elektrowni. Systematyczny spadek produkcji od 2015 r. (poza jednym kwartałem) odpowiada kolejnym etapom realizacji strategii Obamy i obozu demokratów wymierzonej w węgiel. Ten kierunek interpretacji burzy jednak widoczny na słupkach wyraźny wzrost produkcji w dwóch ostatnich kwartałach 2016 roku. Możliwe, że było to spowodowane rosnącym zapotrzebowaniem na eksport, wywołanym niedoborami energii właśnie w takich krajach jak Francja, Niemcy czy Wielka Brytania. Gdyby tak było, oznaczałoby to wygraną popytu nad odgórnymi próbami obniżenia atrakcyjności eksportowej surowca (o czym mówiliśmy wyżej).

Prawdziwy obraz tego, jaka jest rzeczywiście tendencja, będziemy mieć pod koniec roku, gdy zobaczymy słupki ze wszystkich czterech kwartałów tego roku. To wszystko nie zmienia jednak faktu – co pomija skupiający się tylko na słupkach dotyczących produkcji autor polemiki z „Daily Kos” – że skazane jeszcze niedawno na „przedwczesną emeryturę” zakłady węglowe dzięki zniesieniu niekorzystnych przepisów przeżywają właśnie swoje nowe narodzenie. Kopalnie przechodzą gruntowną rekonstrukcję zatrudnienia i kosztów wydobycia, co wpływa na stopniowe obniżanie ceny samego węgla. Borykające się dotąd z bezrobociem miasta w takich stanach jak Kentucky czy Montana ożywają dzięki nowym miejscom pracy. Węgiel w Stanach Zjednoczonych wyraźnie wraca do łask. To sygnał także dla Europy, że pozbywanie się możliwości korzystania ze swoich własnych surowców energetycznych jest drogą donikąd. Niemcy i Francuzi doświadczają tego na własnej skórze, stojąc w kolejce po amerykański węgiel. 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • Gość
    04.10.2017 22:49
    Korzystanie z węgla jest drogą donikąd, a raczej do nieodwracalnej katastrofy, w której ucierpią miliony - tych najbiedniejszych. Pan Redaktor zapewne zbytnio nie ucierpi, ale proszę, niech Pan chociaż trochę poczyta.
  • Fryderyk
    06.10.2017 07:59
    Rozmnażanie się katolików jest jednym z najważniejszych celów Kościoła. Zostawmy więc trochę węgla następnym pokoleniom na inne cele niż li tylko spalanie w kotłach. Gadające głowy, czyli politycy, hołdują tym, którzy z myśleniem mają poważne problemy (bo jest ich znakomita większość), ale zostali wybrani również po to, by przewidywać dalszą przyszłość a nie tylko od wyborów do wyborów. W Polsce na scenie politycznej mamy brak mężów stanu, zresztą białogłów stanu też.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    31 1 2 3 4 5 6
    11°C Wtorek
    rano
    11°C Wtorek
    dzień
    9°C Wtorek
    wieczór
    6°C Środa
    noc
    wiecej »

    Reklama