Lenin w Paryżu

Czy reforma kodeksu pracy prezydenta Macrona doprowadzi we Francji do wybuchu nowej rewolucji?

Reklama

Prezydent Emmanuel Macron swoim radykalnym liberalizmem pomaga rosnąć w siłę francuskiemu Leninowi, Jeanowi-Lucowi Mélenchonowi, który wygłasza coraz bardziej rewolucyjne hasła, a jego strategia do bólu przypomina strategię Lenina z 1917 roku. Takie opinie wygłaszają poważni publicyści z okolic Luwru i Ogrodów Elizejskich. Czy francuski establishment, po wyciszeniu „Hitlera w spódnicy” (Marine Le Pen), postanowił wziąć się za „Lenina z francuskim akcentem”? Czy tym razem Francji rzeczywiście grożą rozruchy, które mogą przypominać silne wstrząsy z historii?

Historia nie powtarza się, ale…

Bez przesady – inny kraj, inne czasy. To pierwsza, brzmiąca zdroworozsądkowo, reakcja na takie postawienie sprawy. „Czasy zawsze są inne, a jakby zawsze takie same” – jedna z błyskotliwych mądrości niezrównanego proboszcza z „U Pana Boga za piecem” podpowiada jednak drugą możliwą opcję. Bo Francja ze swoją krwawą rewolucją (czczoną do dziś co roku 14 lipca) wyprzedziła rosyjskich bolszewików o całą epokę. Owszem, dzisiejsza Francja znajduje się w innym miejscu niż Francja, Rosja i świat w latach 1789 i 1917. Ale pewne cechy społecznych zrywów i bodźce decydujące o ludzkich odruchach pozostają niezmienne…

W takim właśnie kierunku toczy się we Francji dyskusja wywołana ostatnimi wydarzeniami, związanymi z reformą kodeksu pracy, którą przeforsował prezydent Macron. Głośna książka Jeana-Christophe’a Buissona (pisarza i wiceszefa „Le Figaro Magazine”, sobotniego dodatku centroprawicowego dziennika) pod tytułem „1917, rok, który zmienił świat”, staje się jeszcze głośniejsza dzięki wyprowadzeniu na ulice dziesiątków tysięcy ludzi przez Jeana-Luca Mélenchona. Komunistyczne, trockistowskie korzenie byłego kandydata na prezydenta, który w obliczu radykalnych zmian w kodeksie pracy – jednej z największych świętości francuskiego systemu – postawił wszystko na jedną kartę, mogą jeszcze sporo namieszać pod francuskim niebem.

Ulica mówi: dość

„Nawet królowie nie traktowali w ten sposób swoich obywateli!” – grzmiał Mélenchon, prowadząc tłum demonstrantów w liczbie od 30 tys. (według policji) do 150 tys. (według organizatorów) spod placu Bastylii na plac Republiki. Mélenchon jest naturalnym liderem tych protestów. Zasłynął kiedyś pomysłem obłożenia prawie stuprocentowym (!) podatkiem osób zarabiających ponad 400 tys. euro rocznie i skróceniem do 4 dni tygodnia pracy. Protestów zjednoczyły jednak nie tylko ludzi o tak komunizujących poglądach jak Mélenchon. Główne zarzuty wobec reformy Macrona, jakie stawiają również jej umiarkowani krytycy, to m.in. radykalne ułatwienie pracodawcy zwalniania pracowników przy jednoczesnym zmniejszeniu odszkodowań za bezprawne zwolnienia, a także ułatwienie zwolnień zbiorowych i możliwość pomijania związków zawodowych w negocjacjach między pracodawcami a pracownikami. Ludzie są wzburzeni tym, że reforma została po prostu opublikowana w Dzienniku Ustaw, a tak duża ingerencja w prawo pracy wymagałaby rozporządzeń poddanych ratyfikacji w parlamencie. I kiedy Mélenchon mówił, że nawet królowie przed rewolucją francuską lepiej traktowali obywateli, niż robi to ich prezydent Macron, trafiał nie tylko do zwolenników swojej partii (Francja Nieujarzmiona), ale do większości niezadowolonych Francuzów. Lecące w dół na łeb na szyję notowania spadły jeszcze mocniej właśnie po ogłoszeniu wprowadzenia w życie reformy. Przekaz Mélenchona jest czytelny – jeśli Macron zachowuje się gorzej niż obalona przez rewolucję monarchia, to niech liczy się z tym, że ulica również jemu pokaże właściwe miejsce. I choć wydaje się, że wszystko to brzmi przesadnie, podobnie do innych skrajnie populistycznych haseł, śledząc dyskusję we francuskich mediach, trudno nie zauważyć rosnącego niepokoju – autentycznego, niewyreżyserowanego pod poprawną politycznie publiczkę – że sprawy mogą wymknąć się spod kontroli, gdy reformy Macrona zaczną funkcjonować w praktyce. Sam prezydent zaś, zamiast uspokajać i rzeczowo tłumaczyć, o co właściwie w reformie chodzi, podgrzewa atmosferę, zarzekając się, że nie cofnie się „przed leniwcami, cynikami i ekstremą”.

To nie XIX wiek

Macron ma rację, jeśli ma na myśli grupy reprezentujące poglądy bliskie Mélenchonowi. Przyzwyczajone do jednego z najbardziej socjalnych kodeksów pracy na świecie, nie tylko nie myślą o reformie tego, co rzeczywiście blokuje gospodarkę, ale wręcz domagają się kolejnych „udogodnień”. Już w ubiegłym roku, czyli jeszcze za rządów socjalistów, na ulice wyszły podobne tłumy, gdy rząd zapowiedział wydłużenie tygodnia pracy z 35 do 48 godzin. Rzecz niewyobrażalna dla przeciętnego Francuza, bo w praktyce oznaczająca albo rezygnację z dwugodzinnej przerwy w ciągu dnia, albo ciągnięcie pracy do późnych godzin wieczornych (mowa oczywiście o stanowiskach z pracą w wyznaczonych godzinach, bo pracownicy rozliczani zadaniowo, często pracujący o wiele dłużej niż 35 czy nawet 48 godzin, to zupełnie inna historia). Tym razem jednak nawet dla centrowego wyborcy, rozumiejącego wyzwania, jakie stawia konkurencyjność, a także trudności, z jakimi zmagają się zwłaszcza średni i mali przedsiębiorcy, związani absurdalnymi przepisami, reformy Macrona okazały się zbyt daleko idące. Likwidacja parasola ochronnego dla pracownika, którego można zwolnić bez większych przeszkód i bez płacenia odszkodowania, wydaje się odwróconym radykalizmem, tym razem liberalnym. „Zmiana kodeksu pracy ma przyczynić się do zwiększenia zatrudnienia i konkurencyjności Francji” – próbował tłumaczyć Macron, podpisując nowe prawo. Jak gdyby żył nie w XXI wieku, gdy jesteśmy już bogatsi o doświadczenie, że konkurencyjności i pozycji firmy nie zdobywa się kosztem pracowników, tylko w XIX lub na początku XX wieku, gdy wyznawcy radykalnego liberalizmu jeszcze nie mieli okazji wejść pod zimny prysznic. Macron, afiszujący się swoim obyciem w świecie finansów i bankowości (zdobywał doświadczenie w banku Rothschildów), powinien wiedzieć, że twórca jednej z największych światowych fortun i magnat naftowy John D. Rockefeller, budując swoje imperium, pogodził obniżanie kosztów produkcji ropy z jednoczesnym płaceniem swoim pracownikom więcej niż konkurencja i zapewnieniem im godziwych warunków socjalnych. Dzięki temu uniknął strajków, które zatopiły większość konkurentów. Tymczasem Emmanuel Macron pręży muskuły i nie dostrzega, że to już nie tylko zwykłe strajki wybuchają we Francji, ale rośnie w siłę prawdziwa fala, która w pierwszej kolejności może zakończyć jego krótką – i mocno napompowaną – karierę polityczną.

Jak uczcić stulecie

Nieszczęście Francuzów polega na tym, że liderem ruchu oporu wobec reform Macrona jest osoba, która bynajmniej nie oferuje zdrowej alternatywy. Przeciwnie, jest gotowa promować rozwiązania, które jeśli gdziekolwiek były zastosowane, kończyły się druzgocącą klęską i bankructwem. Na razie jednak Mélenchon, nie biorąc żadnej realnej odpowiedzialności za państwo, może sobie pozwolić na rozwijanie własnej demagogii. Jean-Christophe Buisson, autor wspomnianej na wstępie książki o rewolucji bolszewickiej, w wywiadzie dla „Le Figaro” mówi zaskakujące zapewne dla polskiego czytelnika rzeczy. Obserwując działalność Mélenchona, dochodzi do wniosku, że lider Francji Nieujarzmionej, jako trockistowski działacz w latach młodości, a później zdeklarowany komunista, z pewnością zna szczegóły rewolucji 1917 roku. „Nie mogę uwierzyć, że nie jest opanowany chęcią upamiętnienia stulecia bolszewickiego zamachu w taki sposób jak Lenin, zdobywając władzę polityczną” – twierdzi wiceszef centroprawicowego magazynu. Jako dowód przytacza całą listę działań Mélenchona, w których rozgrywa on swoją skrajnie lewicową i komunizującą konkurencję (jest tego sporo we Francji), podobnie jak robił Lenin. I dodaje, że jego zdaniem Mélenchon nie będzie czekał do kolejnych wyborów w 2022 roku. Wystarczy mu fakt, że zdobył w I turze niewiele mniej głosów niż pierwsza trójka kandydatów. Teraz karmi się i wzmacnia fałszywymi krokami prezydenta Macrona. Gdyby to Mélenchon w sposób bardziej lub mniej demokratyczny zdobył teraz władzę, pewnie nawet najzagorzalsi wrogowie Marine Le Pen pożałowaliby, że nie poparli jej w odpowiednim czasie. Trockistowskie poglądy Mélenchona to ostatnia rzecz, której teraz potrzebują Francuzi. Problem w tym, że w walce o zachowanie przywilejów i praw pracowniczych gotowi są pójść nawet za trockistą. 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    12 13 14 15 16 17 18
    19 20 21 22 23 24 25
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    7°C Sobota
    rano
    10°C Sobota
    dzień
    11°C Sobota
    wieczór
    9°C Niedziela
    noc
    wiecej »

    Reklama