Wychowałem się w „trójkącie bermudzkim”

O emocjach i środowisku, które go ukształtowało, oraz o chrześcijaństwie i tworzeniu nowego rządu mówi premier Mateusz Morawiecki.

Reklama

Bogumił Łoziński: Wie Pan, dlaczego PiS postawił na czele Rady Ministrów człowieka z zacięciem historycznym?

Mateusz Morawiecki: Tego argumentu nie znam ani nie odwdzięczę się, ponieważ nie znam żadnego żartu na temat „Gościa Niedzielnego”…

Bo rekonstrukcja rządu ciągnie się tak długo, że potrzebny był specjalista od grup rekonstrukcyjnych…

(śmiech) Fajne. Lubię się pośmiać z siebie. A co do historii, to oczywiście ją kocham, ale wolę patrzeć na siebie z perspektywy drogi, jaką przeszedłem – od chłopaka z Solidarności Walczącej, przez historyka, ekonomistę i prawnika, urzędnika w Komitecie Integracji Europejskiej, a potem bankowca. I teraz polityka.

Ma Pan opinię technokraty, zimnego bankowca. Czy słusznie?

Radykalny wizerunek to zawsze trochę droga na skróty. Mnie ukształtowało w ogromnym stopniu to, co do 1989 r. działo się w moim życiu, w życiu mojej rodziny, naszego środowiska Solidarności i Solidarności Walczącej oraz w Polsce. I każdy, kto zna mnie trochę lepiej niż wyłącznie z mediów, dobrze o tym wie. Nie ma dla mnie ważniejszego społecznie wyzwania niż przywracanie polskim rodzinom godnego życia i bezpieczeństwa finansowego. Nie można prowadzić głębokich reform, przebudowy państwa, traktując społeczeństwo, a zwłaszcza jego słabszą, mniej zamożną część, jak piąte koło u wozu. Przez ponad 25 lat polskie elity bardziej interesowały się sytuacją na giełdach zagranicznych niż kondycją polskich rodzin. Pamiętajmy też o słowach kard. Wyszyńskiego, który twierdził, że człowiek jest odpowiedzialny nie tylko za to, jakie uczucia przejawia wobec innych, ale także za te, które u nich wzbudza.

Jakie emocje u innych chce wzbudzać premier Morawiecki?

Oczywiście pozytywne. Ale zdaję sobie sprawę z wysokiej temperatury sporów i wysokiej, moim zdaniem za wysokiej, amplitudy podziałów politycznych w Polsce. Podczas exposé powiedziałem, że będę się starał, aby rząd Zjednoczonej Prawicy był rządem zjednoczonej Polski.

Co to oznacza?

Wiemy, że Polska to przepiękny kraj dla nas wszystkich, bez względu na poglądy. Wszyscy też się chyba zgadzamy, że państwo polskie wciąż wymaga naprawy, i to w wielu obszarach. Bardzo mi zależy, żebyśmy przyjęli prostą zasadę: wszystko, co robimy wewnątrz kraju, ma służyć naszym obywatelom, a wszystko, co robimy na zewnątrz, ma służyć interesowi Rzeczpospolitej. Dobro wspólne wymaga pracy, ale przede wszystkim wymaga współpracy. Czasem ponad podziałami politycznymi. Wtedy emocje w życiu publicznym są budujące, a nie destrukcyjne. Chciałbym poszerzać przestrzeń naszego dobra wspólnego przez wymianę argumentów, a nie ciosów.

Publicznie dyskutuje się o tym, gdzie się kto wychowywał. Jedni „pod blokiem”, inni w willach PRL-owskich aparatczyków, a Pan?

Wychowywałem się w jednej z wrocławskich dzielnic grozy. Przez pierwsze 20 lat mieszkaliśmy w dość spartańskich warunkach. To był tzw. trójkąt bermudzki przy ul. Kilińskiego, rozpadające się przedwojenne kamienice ze śladami po kulach. Tam mieszkało wielu naszych współbraci Cyganów, dziś powiedzielibyśmy Romów. Bawiłem się na podwórkach, na których nie chciałby się pan pojawiać bez obstawy policyjnej. Nasze mieszkanie nie miało ciepłej wody, toaleta była na korytarzu, wspólna dla kilku rodzin. To były lata 60., 70. i 80.

Miał Pan kolegów Romów?

Oczywiście. Miałem wielu kolegów i wielu niekolegów Romów. Na podwórku były różne grupy, nawiązując do pana żartu – rekonstrukcyjne i nie wszystkie ze sobą żyły w przyjaźni. To były twarde podwórkowe lata.

Były bijatyki z innymi grupami?

Nawet bardzo często.

Na ile ojciec, twardy antykomunista Kornel Morawiecki, ukształtował Pana osobowość, poglądy?

Miałem szczęście poruszać się w środowisku niepodległościowym od bardzo wczesnych lat. Mama i tata byli bardzo aktywni w walce z komunizmem już od lat 60. Nasz dom, mimo bardzo trudnych warunków bytowych, zawsze był bardzo otwarty. Mieszkanko było małe, miało ok. 50 m kw., tam zresztą przyszedłem na świat, ale miałem wrażenie, że czasami gromadziło się w nim 50 osób. Później rodzice wybudowali chatkę pod lasem, w Pęgowie koło Obornik Śląskich, z belek z wysadzanych wrocławskich przedwojennych kamienic. Ta chatka była ośrodkiem życia opozycyjnego. Toczyły się tam długie nocne Polaków rozmowy, którym często przysłuchiwałem się jako dziecko, a gdy byłem starszy, uczestniczyłem w nich. To wszystko na pewno bardzo mocno mnie ukształtowało.

Dostawał Pan klapsy od taty?

Owszem.

A swoje dzieci wychowywał Pan klapsami?

Nie. Dzięki żonie i wspólnej cierpliwości – choć przyznaję, że czasami musiałem zagryźć zęby i znieść niesforność dzieci – udaje się nam je dobrze wychowywać. Bez klapsów.

Pytam, gdyż w exposé zapowiedział Pan walkę z przemocą. Czy podziela Pan diagnozę postawioną w konwencji przemocowej, która twierdzi, że źródłem agresji wobec kobiet i dzieci są nierówności płci i role kulturowe narzucane przez tradycje, a więc także Kościół katolicki?

Nie zgadzam się z taką opinią. Do przemocy nie dochodzi tam, gdzie występuje dbałość o więzy rodzinne, o normalny dom, gdzie panuje miłość. Przemoc pojawia się częściej w związkach nieformalnych, a nie tych usankcjonowanych prawnie. Dlatego nie chciałbym, aby ta szkodliwa ideologia, jaką jest gender, przykryła realny problem przemocy domowej wobec dzieci i kobiet. Nie można na krzywdę najsłabszych, bezbronnych patrzeć przez ideologiczne okulary, ale też nie można zamykać na nią oczu. Bardzo dużo się na to sam napatrzyłem przez kontakty z podopiecznymi domów dziecka. Dla mnie ta sprawa jest absolutnym priorytetem, nie ma naszej zgody na tę patologię. Dlatego już teraz zaczęliśmy przyjmować odpowiednie ustawy zaostrzające dolną granicę kary za gwałt, brutalną przemoc, zwłaszcza wobec nieletnich.

W Telewizji Trwam powiedział Pan, że Pana pragnieniem jest rechrystianizacja Europy, co wywołało negatywne komentarze lewicy.

Robert Schuman, jeden z założycieli Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, która była początkiem integracji naszego kontynentu, mówił, że Europa będzie albo chrześcijańska, albo nie będzie jej wcale. Na pewno musimy sięgnąć do rzeczywistych wartości Europy, której źródłem jest chrześcijaństwo. Możemy to robić, opierając się na wartościach chrześcijańskich w naszym działaniu, np. walcząc z krzywdą, tworząc normalny, silny, bezpieczny i sprawiedliwy kraj, a przez to dawać przykład innym.

W exposé, mówiąc o prawdziwych wartościach, wymienił Pan m.in. wolność, tolerancję, demokrację, ale nie wspomniał Pan o chrześcijaństwie. Dlaczego?

Uważam, że program, który przedstawiłem w exposé, ma chrześcijański charakter. U jego podstaw leży ewangeliczne przykazanie miłości: „jeden drugiego brzemiona noście”, a także uczynki miłosierdzia wobec bliźnich. To są zasady sprawiedliwego, solidarnego państwa, które budujemy. Troska o rodzinę, słabszego, pokrzywdzonego, o obywateli, naród, państwo to realizacja chrześcijańskiego porządku miłości. To z zasad solidaryzmu oraz z katolickiej nauki społecznej wynikają nasze działania na rzecz sprawiedliwego podziału dóbr, równego startu czy solidarności społecznej – wartości, które przez ponad ćwierć wieku były lekceważone i wyśmiewane przez decydentów.

Pada zarzut, że w porządku miłości rządu nie mieszczą się uchodźcy.

Rozumiem, że odróżniamy uchodźców od imigrantów?

Tak.

Polska przyjęła tysiące uchodźców. Co najmniej kilkadziesiąt tysięcy Ukraińców przyjechało z terenów zagrożonych działaniami wojennymi, a oprócz tego około miliona w celach zarobkowych. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie będziemy w stanie lepiej ich rozpoznawać i skuteczniej nadawać status uchodźcy. Z nawiązką realizujemy nasze zobowiązanie w kwestii rozładowywania napięć na zewnętrznych granicach Unii.

Ofiar wojny z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej nie przyjmujemy.

Naszym założeniem jest jak najskuteczniejsza pomoc uchodźcom, a to oznacza wsparcie w miejscu ich zamieszkiwania lub w miejscach bezpiecznych, znajdujących się najbliżej nich. W listopadzie był w moim rodzinnym Wrocławiu syryjski biskup Georges Abou Khazen, który powiedział, że rząd Rzeczpospolitej, jako jedyny na świecie, pomaga chrześcijanom pozostać w Syrii. Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej, wspierane finansowo przez polski MSZ, zorganizowało w Libanie codzienne życie dla ponad 20 tys. syryjskich uchodźców, zapewniając im dach nad głową, żywność, opiekę lekarską i edukację. „Polska kojarzy nam się teraz przede wszystkim z pomocą humanitarną, bo robicie to lepiej niż Niemcy, Francuzi czy Brytyjczycy” – powiedział niedawno szejk Mohammad Awad Murheb, szef organizacji pomocowej z północnego Libanu. Te dwie wypowiedzi świadczą o polskiej pomocy lepiej niż tysiące słów krytyki płynące z Brukseli. W ostatnich dniach utworzyłem funkcję pełnomocnika rządu ds. pomocy humanitarnej i uchodźców. Jest to więc dla nas sprawa ważna. Przystąpiliśmy też do dwóch dużych funduszy, m.in. do Europejskiej Inicjatywy Pomocy Uchodźcom w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Wydajemy na to kilkaset milionów złotych.

Kościół apelował o utworzenie korytarzy humanitarnych dla potrzebujących pomocy medycznej.

Myślimy o odwróconych korytarzach humanitarnych, czyli leczeniu uchodźców w Polsce, a potem odsyłaniu ich do ojczystych krajów. To wymaga dobrej organizacji logistycznej, rozmów z partnerami na arenie międzynarodowej. No i przede wszystkim ani o krok nie możemy się cofnąć w polityce zapewnienia bezpieczeństwa Polsce.

Przejdźmy do „grupy rekonstrukcyjnej”, czyli składu nowej Rady Ministrów. Na ile będzie to rząd autorski premiera Morawieckiego?

Zawsze jest tak, że dyskusja o wyborze do rządu najwłaściwszych osób odbywa się z udziałem całego kierownictwa politycznego. Mamy wielu świetnych kandydatów, ale trzeba też uwzględniać realia polityczne czy społeczne, i jest to wszystko konsultowane. Na pewno w ciągu najbliższych tygodni wykrystalizują się ostateczne decyzje.

Rząd składa się nie tylko z polityków PiS, ale także z Porozumienia i Solidarnej Polski. Czy zgodnie z dotychczasową umową koalicyjną te partie nadal będą miały po 2 miejsca w Radzie Ministrów?

Tak, mogę potwierdzić, że to się nie zmieni.

Czyli Jarosław Gowin i Zbigniew Ziobro zostaną na swoich stanowiskach?

Oczywiście. Także dlatego, że bardzo dobrze wypełniają swoje funkcje.

Komisja Europejska uruchomiła wobec Polski art. 7 traktatu unijnego. Uzasadniła tę decyzję zagrożeniem dla praworządności w naszym kraju, m.in. z powodu reformy sądownictwa. Jak Pan skomentuje stanowisko komisji?

W Polsce nie jest naruszana praworządność. Reformy polskiego wymiaru sprawiedliwości prowadzą do zwiększenia niezależności sądownictwa i jakości wydawanych wyroków. Procesy potrafią trwać 10 lat w I instancji, a stosunek kary do popełnionego przestępstwa w bardzo wielu przypadkach ma niewiele wspólnego ze sprawiedliwością. Nie może być tak, że parlamentarzysta przyłapany na gorącym uczynku, gdy bierze wysoką łapówkę, zostaje uniewinniony przez sąd II instancji. Nie może być tak, że znana okulistka, córka byłego I sekretarza KC PZPR, bierze od pacjentów prawie 400 tys. zł, a sąd nazywa to „nieformalną opłatą” i ją uniewinnia. Nie może być tak, że trzech bandytów morduje bezbronnego chłopca i dostaje paroletnie, śmiesznie niskie wyroki i grozi jeszcze rodzinie zamordowanego. Świat staje na głowie. Nie może być wreszcie tak, że wyrok za gwałt to kara 2 lat w zawieszeniu, a pokrzywdzona doznaje krzywdy nie tylko od sprawcy, ale też od sądów wszystkich instancji, z Sądem Najwyższym włącznie. Prawu musi towarzyszyć sprawiedliwość, a w Polsce wyroki bardzo często są jej pozbawione.

Jak chce Pan przekonać instytucje unijne do reformy sądownictwa przeprowadzanej przez rząd?

W rozmowach w Brukseli będę tłumaczył racje stojące za naszymi reformami, a także wskazywał, że w wielu krajach europejskich są rozwiązania o wiele bardziej uzależniające sądownictwo od władzy ustawodawczej i wykonawczej niż w Polsce, gdzie niezależność sędziów w wydawaniu wyroków jest absolutnie nienaruszona. Mam nadzieję, że spór wynika z niezrozumienia tego, co chcemy zrobić, i niedobrej praktyki części naszej opozycji, która brzytwy się chwyta i donosi na Polskę do ośrodków zagranicznych, szkodząc naszemu państwu. Myślę, że da się instytucje unijne przynajmniej częściowo przekonać do naszych racji.

Mateusz Morawiecki

Ukończył historię oraz ekonomię (Wrocław, Hamburg, USA), a także prawo na Uniwersytecie w Bazylei. W latach 80. angażował się w działalność opozycyjną, za co był represjonowany. Brał udział w negocjacjach akcesyjnych Polski z UE.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Pamięć krótka ?
    07.02.2018 09:11
    "Przez ponad 25 lat polskie elity bardziej interesowały się sytuacją na giełdach zagranicznych niż kondycją polskich rodzin" czyżby już pan Premier zapomniał, że do tych elit należał ?
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    21 22 23 24 25 26 27
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10
    11 12 13 14 15 16 17
    18 19 20 21 22 23 24
    25 26 27 28 1 2 3
    -8°C Niedziela
    wieczór
    -9°C Poniedziałek
    noc
    -10°C Poniedziałek
    rano
    -8°C Poniedziałek
    dzień
    wiecej »

    Reklama