Ksiądz idzie za daleko

"Pon Bóg stworzył świat nie dlo sprawiedliwości, ale dlo miłości", mówił ks. Józef Tischner góralom, gdy jego chorobę uznali za niesprawiedliwe zrządzenie Boskie. Właśnie mija 10 lat od jego śmierci

Reklama

Czasami się śmieję, że najpierw jestem człowiekiem, potem filozofem, potem długo, długo nic, a dopiero potem księdzem – mawiał Tischner. Ta nieco przekorna autoprezentacja stała się jednym z najczęściej cytowanych zdań popularnego duchownego. Cytowali ją głównie krytycy filozofa w sutannie, którzy zarzucali mu gwiazdorstwo, nadmierne bratanie się z salonowym układem III RP, a nawet brak lojalności wobec Kościoła. Tymczasem słynne słowa nie oznaczały bynajmniej, że swoje kapłaństwo traktował jako sprawę trzeciorzędną.

Owszem, z jednej strony narzekał, że albo duszpasterstwo zabiera mu czas na uprawianie filozofii, albo odwrotnie. Nie miał jednak wątpliwości, która z tych aktywności bardziej uczyła go prawdy o człowieku: „Siedząc w bibliotekach, uschnąłbym, robiąc filozofię dla wyimaginowanego człowieka. A tak musiałem się konfrontować z człowiekiem umierającym, człowiekiem zdradzonym (...). Nieustannie musiałem naginać transcendentalną teorię konstytucji Husserla do potrzeb Marysi czy Kasi w przedszkolu”. Jeszcze prościej i dobitniej powiedział to samo u kresu życia: „Jeżeli do czegoś doszedłem w filozofii człowieka, to tylko dzięki wglądowi w sytuacje wyznawane podczas spowiedzi”.

Prawda po góralsku
Kiedy mówił: „Nie jestem z prawicy ani z lewicy, tylko z Łopusznej”, to nie był unik, tylko całkowicie szczera deklaracja ideowa. Słynne powiedzenie Tischnera, że marna to filozofia, której nie da się przełożyć na język górali, nie było zwykłą kokieterią. Swoją teorię o homo sovieticus, czyli człowieku mającym postawą roszczeniową, zadowalającym się pozorami dobrobytu i wolności, tak tłumaczył góralom: W czasach komunistycznych przyjechał na Podhale biskup. Jeden góral jechał na koniu, żeby go przywitać. Zatrzymał go milicjant i pyta, dokąd jedzie.

A chłop na to: Koń mój, dusa moja, nic wam do tego, ka jade. „I tu widać – mówił Tischner – że nie był to homo sovieticus, bo koń był chłopa, a nie pegeerowski. A po drugie – dusa moja. A homo sovieticus nie ma duszy, tylko wysoko zorganizowaną energię”. Kiedy podjął decyzję o wstąpieniu do seminarium, sprzeciwiał się temu jego ojciec, dyrektor szkoły w Łopusznej. Bał się, że straci pracę, mając syna kleryka. Najpierw zatem Józek studiował w Krakowie prawo. Po roku jednak przeniósł papiery na teologię. W swoim dzienniku napisał: „No i w ten sposób zamiast być narzędziem ziemskiej sprawiedliwości, stałem się narzędziem Bożego miłosierdzia”.

Św. Tomasz i koniak biskupa
Zachłysnął się filozofią, którą od początku traktował nie jako „bezczynne mędrkowanie”, ale jako prawdziwą drogę do rozumienia i spierania się o świat, człowieka i Boga. Poznał Romana Ingardena, który uprawiał filozofię zupełnie inną zarówno od marksistowskiej ideologii, jak i od obowiązującego w chrześcijaństwie tomizmu. Artykuł w „Znaku” z 1970 roku, zatytułowany znacząco „Schyłek chrześcijaństwa tomistycznego”, stał się pierwszym kijem wbitym w mrowisko przez Tischnera. Wypominano mu nie tylko to, że zakwestionował ugruntowaną przez wieki doktrynę, ale wręcz nieznajomość dzieł św. Tomasza. Sam Tischner dość zrozumiale tłumaczył swoje stanowisko: nie chodziło o niechęć do św. Tomasza, ale do systemu filozoficznego, który stał się oficjalną filozofią Kościoła, a którego pojęcia nie przystają już do dzisiejszych czasów. „Tomizm nie bardzo wie – mówił Tischner – czym jest nawrócenie. Traktuje je jako zastąpienie jednego poglądu drugim, a nie jako głęboką przemianę osobowości.” Mimo krytyki ze strony różnych środowisk kościelnych, Tischner cieszył się zaufaniem Karola Wojtyły, który pozwolił mu na prowadzenie własnych poszukiwań filozoficznych.

Kiedy kard. Wojtyła został papieżem, wśród potencjalnych kandydatów na nowego biskupa krakowskiego wymieniano również ks. Tischnera. Wojciech Bonowicz w gawędach zatytułowanych „Kapelusz na wodzie” pisze, że przyszedł wtedy do Tischnera przełożony jednego z zakonów… z koniakiem. Tak na wszelki wypadek, żeby nowy biskup miał w pamięci ów zakon. Potem to sam przełożony został arcybiskupem „ważnej metropolii”. Nie było tajemnicą, pisze Bonowicz, że chodziło o abp. Tadeusza Gocłowskiego. Tischner wysłał mu wtedy gratulacje o treści: „Kto pod kim dołki kopie, sam w nie wpada. Józef Tischner.” Kiedyś pytany, dlaczego nie został następcą prymasa Wyszyńskiego (i takie pogłoski krążyły), odpowiedział, że nie było go w domu, gdy dzwonili z Watykanu…

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    21 22 23 24 25 26 27
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10
    11 12 13 14 15 16 17
    18 19 20 21 22 23 24
    25 26 27 28 1 2 3
    -2°C Środa
    rano
    -1°C Środa
    dzień
    0°C Środa
    wieczór
    -1°C Czwartek
    noc
    wiecej »

    Reklama