Joanna Kociszewska
Nie mam prawa oceniać motywacji tych, na których ustach rzadko pojawiają się wielkie słowa. Sama na takie pytania muszę sobie odpowiedzieć.
Coraz częściej stawia się pytanie o sposób obecności chrześcijan w polityce. Sama obecność jest czymś oczywistym: jako obywatele mają prawo i obowiązek takiego uczestnictwa, a jako chrześcijanie są zobowiązani do takiego kształtowania świata, by stawał się on coraz bardziej Boży. Pozostało pytanie: jak?
Istnieją różne formy takiej obecności. Jedni o swojej katolickości mówią otwarcie, angażując się także w działania o wymiarze symbolicznym. Inni – jak twierdzi Józefa Hennelowa (GW, 27 lipca 2010) – „ostrożnie używają słów” i „unikają demonstracji”, a swoją przynależność wyznaniową manifestują życiem. Działaniem. Brzmi pięknie, ale…
Pierwsza wątpliwość, która mi się nasuwa, to pytanie: dlaczego żyję w taki sposób? Dlaczego dokonuję niepopularnych wyborów, dlaczego staję po stronie słabszych, dlaczego uczę się przebaczać?
To dobre zasady – można odpowiedzieć. Społecznie użyteczne. Owszem, dobre. Ale ważne jest, z czego wynika mój wybór. Z intelektualnej oceny wartości czy z mojego zaufania Bogu? Czy jestem w stanie powiedzieć: „żyję tak, bo jestem chrześcijaninem”? Tylko tyle i aż tyle? I czy naprawdę tak jest?
Takie stwierdzenie jest niepopularne, będzie budziło śmiech i sprzeciw, będzie w końcu „wywieszeniem szyldu”. Ale takiego stwierdzenia wymaga chrześcijańskie świadectwo. Bez tych słów jest niepełne, zamazane. Niejasne.
Niesienie na sobie emblematu bywa ciężarem. Czasem będzie oznaczało zaszufladkowanie. Czasem oznacza przyznanie się do jedności z tymi, z którymi w wielu punktach się nie zgadzam, ale którzy w Bogu są moimi braćmi. Czasem wymaga uniesienia nie swoich win i świadomości, że inni będą musieli udźwignąć moje.
Nie mam prawa oceniać motywacji tych, na których ustach rzadko pojawiają się wielkie słowa. Sama na takie pytania muszę sobie odpowiedzieć.
Druga wątpliwość dotyczy samego kształtu chrześcijaństwa i chrześcijańskiego świadectwa. Jeden z niemieckich biblistów, A. Deissler, mówił iż religię Jahwe należałoby porównać nie do koła, którego centrum zajmuje kult, ale do elipsy o dwóch jednakowo ważnych ogniskach: jednym jest kult (odniesienie do Boga), drugim miłość bliźniego. Te słowa, odnoszące się przecież do religii żydowskiej (komentarz do księgi Amosa), w pełni można zastosować do chrześcijaństwa.
Nie można w chrześcijańskim świadectwie pominąć bliźniego, to prawda. Ale nie można też pominąć świadczenia o Bogu samym. To On jest źródłem i mocą do tego, by poświęcać czas i uwagę najsłabszym, opuszczonym i zmarginalizowanym. To On daje siłę, by przebaczać byłym wrogom i oponentom. Bez Niego zostają tylko wartości i mądre zasady.
Staram się żyć Bogiem, ale jeśli milczę na ile moje życie objawia Go światu? Warto postawić sobie takie pytanie.
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |
Przeczytaj komentarze | 6 | Dodaj swój komentarz »
Najwyżej oceniane:
Wg mnie nie może. Bo wg mnie człowiek potrzebuje poczucia sensu tego co robi. A jedynym sensem wartym zaangażowania swojego życia jest Chrystus. Dopiero wtedy gdy człowiek to zrozumie a jeszcze lepiej to ujmując tego doświadczy, jest w stanie żyć, oceniać, angażować się, smakować życie, poświęcać swoje życie.
I Chrystus jest jedynym centrum. I dlatego nie zgadzam się z teorią elipsy. Bo człowiek nie jest w stanie kochać bez Chrystusa. Tutaj trzeba przytoczyć np odpowiedzi św Piotra na kilkakrotnie zadane pytanie przez Chrystusa "Piotrze czy ty mnie kochasz". Dopiero ostatnia odpowiedź "Panie Ty wiesz wszystko, Ty wiesz że..." świadczyła o tym, że Św Piotr zrozumiał od kogo to wszystko zależy. Również sens sakramentu małżeństwa jest też taki, że oboje młodzi i zakochani przysięgli by w tym momencie sobie wszystko, ale obdarowując się sakramentem małżeństwa błagają Chrystusa o siłę. Bo to On wie wszystko....
Co się zaś tyczy EMBLEMATU o którym Pani pisze to przecież w historii było tylu wielkich fizyków, astronomów, matematyków, filozofów, pisarzy... którzy wskazywali na Chrystusa jako na źródło sensu ich pracy. Ich świadectwo do tej pory budzi respekt. Do tego stopnia, że współcześni starają się te motywacje ukryć.
Ze współczesnych warto wspomnieć Matkę Teresę i jej "...dla pieniędzy też bym tego nie robiła..." i jeszcze kilka osób dających nam współczesnym świadectwo przez przypięcie sobie tego EMBLEMATU. Nie koniecznie a nawet nie wskazane jest robienie z EMBLEMATU demonstracji ponieważ to już świadczy o kulturze.
Relacje: Bóg - bliźni, modlitwa - działanie
To nie są, i nie mogą być, opozycje: albo-albo. Analogię do elipsy z dwoma ogniskami uważam za trafną.
http://www.deon.pl/religia/duchowosc-i-wiara/mistyka/art,16,mistrz-eckhart-mistyk-codziennosci.html
wszystkie komentarze >