Rozmyta droga

Nie od dziś wiadomo, iż niebo młodych często płonie, jak to pięknie opisał przed laty Jan Parandowski.

Reklama

Wyrok Trybunału w Strasburgu, demonstracje pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu i początek roku szkolnego – te okoliczności sprawiły, że dyskusja o religii w szkole i ocenie na świadectwie coraz bardziej rozpala umysły i emocje. Te ostatnie chyba najbardziej.

Dla jednych to okazja, by zbić polityczny kapitał przed zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi. Zawsze można liczyć na kilka punktów procentowych więcej. Tym bardziej, że nie od dziś wiadomo, iż niebo młodych często płonie, jak to pięknie opisał przed laty Jan Parandowski. Pocieszające wspomnienie i budujące dla zmagających się ze szkolną rzeczywistością, bo daje nadzieję, że z tych pogorzelisk, przynajmniej w większości przypadków, wyrośnie dojrzała, świadoma wiara. Wspomniany pisarz nie jest jedynym, opisującym meandry młodzieńczego wieku, co świadczy o powszechności zjawiska.

Z tym politycznym kapitałem, zbijanym na relacjach z Kościołem nie jest zresztą taka prosta sprawa. Inaczej wygląda to na górze i na poziomie medialnym, a trochę inaczej na poziomie lokalnym. Obserwując przez lata tę ostatnią rzeczywistość zauważyłem dziwną prawidłowość. Gdy chodziło o pomoc w tak zwanych inwestycjach około kościelnych zawsze można było liczyć na wsparcie, gdy w samorządzie lokalnym przeważała lewica. Radni tego ugrupowania nigdy nie bali się zarzutów, że działają na zlecenie konkretnego duchownego.

Jeśli już wspominam, to muszę napisać o moim największym sojuszniku w chwili, gdy religia wracała do szkoły. Był nim nie kto inny, tylko pierwszy sekretarz podstawowej organizacji partyjnej. On jeden miał odwagę powiedzieć najbardziej rozgorączkowanym umysłom, że nie życzy sobie złośliwych uwag pod adresem uczących księży bo… to są jego koledzy po fachu i przyjaciele, z którymi pija kawę. To również muszę przyznać, że przez dwadzieścia lat więcej przykrości spotkało mnie ze strony działaczy prawicowych niż od reprezentujących kierunek na lewo. Dziwnie, ale prawdziwe.

Jest i druga dyskutująca o religii w szkole grupa. To duchowni i świeccy katecheci, próbujący obiektywnie ocenić i podsumować minione dwadzieścia lat. Z radością wziąłem do ręki ostatni numer miesięcznika „W drodze”, będący swoistym zapisem troski o szkołę, parafię, a przede wszystkim będącego podmiotem lekcji religii człowieka młodego. Nareszcie – pomyślałem w trakcie lektury, gdy autorzy tekstów zastanawiali się nie tylko nad tym ile zyskała i straciła szkoła, ale takie same pytania stawiali w odniesieniu do parafii. Jak na jej życiu odbija się brak dzieci i młodzieży. Wiem, co piszę. Patrzę właśnie przez okno na grupę czekających na szkolny autobus dzieciaków. Jadą nim każdego dnia około sześćdziesięciu kilometrów (jak na małe dzieci to chyba ogólnopolski rekord). Niech mi ktoś podpowie co zrobić, by przyszły na dodatkowe zajęcia do przykościelnej salki. Takich parafii jest w Polsce bardzo dużo.

Gdy czytałem w ostatnich dniach różne wypowiedzi na temat religii w szkole i konsekwencji jej braku w parafii, jeden obraz miałem przed oczami. Z wakacyjnych wędrówek. Szedłem w tym roku dwa razy Doliną Kamienicy na Turbacz. Jeden z najpiękniejszych szlaków w Polsce. Wielokrotnie wraca w moich tekstach. Na początku lipca podziwiałem jego odnowione fragmenty pod Pustakiem i na Małym Borku. Przepusty, mostki i wzmocnienia, wszystko po to, bo pieszy i rowerowy turysta mógł odkrywać uroki tego zakątka. W ostatnim tygodniu sierpnia szedłem ponownie. Patrzyłem na zniszczone przez ostatnie deszcze przyczółki i drogi. Jesienią pewnie znów wrócą tu pracownicy naprawiać szkody, by zimą wędrujący turysta nie był skazany na lodowatą kąpiel w potoku. Sytuacja powtarzać się będzie tak długo, jak długo niebo zsyłać będzie na ziemię deszcz w nadmiarze. Takie jest powołanie człowieka. Czynić sobie ziemię poddaną, ujarzmiać naturę i walczyć z jej przeciwnościami.

Chyba podobnie jest w religią w szkole. To mozolne, czasem wręcz syzyfowe budowanie drogi. Człowieka do Boga i człowieka do człowieka. Naiwnością jest liczyć, że kiedykolwiek znajdziemy się w sytuacji komfortowej, gdy droga będzie przestronna, bezpieczna i wygodna zarówno dla ochrzczonych jak i dla niewierzących. Będzie jak na Małym Borku – czas spokojnego wędrowania i czas odbudowy tego, co wskutek nie zawsze od człowieka zależnych okoliczności zostało zburzone. A nauczyciele religii bardziej aniżeli do przewodników będą podobni do naprawiających drogę robotników. Powiedzmy otwarcie – to jest normalne. Jak normalne jest płonące niebo młodych.     

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    31 1 2 3 4 5 6
    4°C Środa
    rano
    3°C Środa
    dzień
    4°C Środa
    wieczór
    1°C Czwartek
    noc
    wiecej »

    Reklama