Euro-fiction

Upadek strefy euro, a nawet całej Unii, nie jest scenariuszem science fiction.

Reklama

Jedno z pięter budynku Berlaymont, siedziby Komisji Europejskiej w Brukseli. Wchodzę do windy, w środku – dość duża naklejka-plakat promująca wspólną walutę euro. Patrzę i oczom nie wierzę: treścią i grafiką niemal wprost nawiązuje do stylistyki socjalistycznych plakatów propagandowych. Ogromnych rozmiarów świetliste euro jaśnieje na drodze, którą podąża człowiek. Na dole komentarz w rodzaju (cytuję z pamięci): tęsknota narodów, ty też wejdź na tę drogę. Parę chwil później wchodzę do następnej windy: podobna naklejka, z jeszcze bardziej wymowną stylistyką z epoki nie wszędzie minionej i jeszcze bardziej wzniosłym podpisem. W kilku innych miejscach budynku znajduję podobne obrazki, zawsze z euro w roli – dosłownie – nadziei ludzkości. Takie tutejsze credo.

Dziś przypominam sobie te miniplakaty z centrum zjednoczonej Europy, kiedy na naszych oczach strefa euro miota się w panice, a może nawet powoli dogorywa. Bo niezależnie od optymistycznych komunikatów z ostatniego kryzysowego szczytu ani grecki pożar nie został do końca ugaszony, ani pozostałe dzielnice Eurolandu nie mogą być pewne jutra.

Ratowanie bankruta

Tak gorąco nie było w Brukseli już dawno. Nerwową atmosferę spotkań unijnych przywódców najlepiej ilustruje pyskówka, w jaką – według świadków – wdali się prezydent Francji i premier Wielkiej Brytanii. „Zamknij się!” – miał powiedzieć Sarkozy do Camerona, gdy ten krytykował niemiecko-francuskie plany ratowania strefy euro. Panika związana jest oczywiście z bankrutującą Grecją. Groźba rozlania się kryzysu na całą strefę euro miała mobilizować do radykalnych kroków. Kanclerz Niemiec straszyła nawet, że nie można pozwolić upaść strefie euro, bo to będzie oznaczało koniec Europy.

Po długich negocjacjach z przedstawicielami banków ogłoszono sukces: dług Grecji zredukowano o 100 mld euro (do 250 mld), co spowoduje 50-procentowe straty dla posiadaczy greckich obligacji. Po drugie zdecydowano zwiększyć siłę „koła ratunkowego”, czyli Europejskiego Funduszu Stabilizacji Finansowej, z 440 mld do 1 bln euro. EFSF ma służyć właśnie ratowaniu kolejnych ewentualnych pacjentów przed bankructwem. I po trzecie kluczowe banki mają dostać 106 mld euro.

Zdaniem Andrzeja Sadowskiego z Centrum im. Adama Smitha, to tylko chwilowe kupowanie czasu przez Unię, a nie faktyczne lekarstwo na kryzys. – To nie jest żadna redukcja długu, tylko przyznanie się do faktu, że tak naprawdę ten dług jest dzisiaj z Grecji nieściągalny – mówi w rozmowie z GN. – Prędzej czy później dojdzie do umorzenia reszty tej miliardowej góry. Gospodarka Grecji przez pół wieku nie ma szans na spłatę zobowiązań, jeżeli będzie w tym stanie, w którym jest teraz. Państwo, w którym połowa obywateli pracuje w instytucjach rządowych, a druga połowa musi ją utrzymać i jeszcze zapracować na siebie oraz zapłacić zobowiązania, nie ma szans na oddanie takich długów – uważa ekonomista.

Większym optymistą jest prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PricewaterhouseCoopers. – Jak ktoś ma kredyt w banku i nie jest w stanie go spłacać, to bank zazwyczaj szuka możliwości ugody: nie oddasz 100 proc., a ile możesz oddać? – pyta. – Od Grecji żąda się teraz przeprowadzenia bardzo poważnych reform, właśnie po to, żeby była w stanie wygospodarować nadwyżkę, którą będzie mogła spłacać długi – dodaje Orłowski. Bankom postawiono warunek: albo zgadzacie się na 50-procentową stratę, albo tracicie wszystko, bo Grecja zbankrutuje.

Chińczycy kupią Unię?

Tak naprawdę główny problem nie tkwi w Grecji, bo jej gospodarka ma dla Europy, mimo wszystko, marginalne znaczenie. – Problemem w strefie euro i w UE jest kryzys władzy, polegający na tym, że rządy od dekad zadłużały swoje społeczeństwa i państwa ponad możliwości ekonomiczne – mówi Andrzej Sadowski. – Problem rządów greckich dodatkowo polegał też na tym, że rozwijały u siebie socjalizm, na który zabrakło im pieniędzy. Poziom rozwoju gospodarczego chciano uzyskać przez dotacje z kasy unijnej, a nie z pracy Greków – dodaje. Jego zdaniem, mobilizacja 1 bln, a nawet 2 bln euro do ratowania bankrutów jest ślepą uliczką, bo problem nie tkwi w ilości pieniędzy, które prędzej czy później i tak się skończą, tylko w zaprzestaniu prowadzenia przez rządy polityki świętych Mikołajów, rozdających przywileje i pieniądze na prawo i lewo, zadłużając kolejne pokolenia. – Związek Radziecki upadł nie dlatego, że wybuchła w nim kolejna rewolucja, tylko dlatego, że zbankrutował. Tak samo UE podlega prawu ciążenia i prawu bankructwa. Na razie mamy do czynienia z kupowaniem czasu i organizacją kolejnych szczytów – uważa Sadowski.

Symbolicznym przyznaniem się UE do porażki jest oficjalne zwrócenie się z prośbą o pomoc do krajów trzecich. Unia, która w 2000 r. przyjęła strategię lizbońską, zakładajacą, że w ciągu dekady gospodarka unijna wyprzedzi amerykańską, dzisiaj zwraca się z prośbą do Chin, Rosji i Brazylii. Chodzi o zasilenie przez inwestorów z tych krajów unijnego „koła ratunkowego” (EFSF). Czyli de facto zamiast wzrostu własnej konkurencyjności, Unia uzależnia się od swoich konkurentów!

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • złośliwiec007
    04.11.2011 12:34
    Jan Paweł II pytał, jaka będzie przyszłość Europy bez Boga...?
    Wg mnie rozpad Unii dobrze Europejczykom zrobi. Na gruzach imperiów zawsze budowały się nowe społeczności. Tak będzie i tym razem.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    31 1 2 3 4 5 6
    4°C Środa
    wieczór
    1°C Czwartek
    noc
    2°C Czwartek
    rano
    6°C Czwartek
    dzień
    wiecej »

    Reklama