Winnica jest kobietą

„Niech mu ziemia lekką będzie” – mówią nad zmarłym. – Lekka, prawie piaszczysta jest ziemia w Starej Wsi. Ale nie kryje śmierci, tylko daje życie 8 tysiącom winorośli. Wina z niej mają niepowtarzalny, lekki smak – twierdzi Kinga Koziarska, pani na winnicy.

Chciałabym, żeby krzewy mojej winnicy mnie przeżyły – opowiada Kinga. – Żeby żyły po 80, 100 lat. Jak w Gruzji, gdzie zdarzają się okazy mające po 700 lat. To się przekłada na jakość wina – dodaje. Na drutach elektrycznych siedzą i śpiewają uwodzicielsko szpaki. Z tej ptasiej perspektywy najlepiej widać ich łup – dojrzewającą winnicę. Nagle kilka czarnych punkcików zrywa się do lotu. – To zwiadowcy – tłumaczy Kinga. Klaszcze ostrzegawczo w dłonie, zostawia nas i biegnie wzdłuż rzędów winnych krzewów, odstraszając intruzów. – Szpaki to jedne z najbardziej inteligentnych i pięknie śpiewających ptaków – wyjaśnia. Jak w „Ptakach” Hitchcocka uważa je za swojego największego wroga.

Właścicielom winnicy życzy się długiej, ciepłej jesieni właśnie bez szpaków. One nigdy nie dają za wygraną i potrafią zniszczyć cały plon. – Właśnie założyliśmy na winorośle siatki, jeszcze się nie zorientowały, ale już za chwilę będą wiedziały, jak się do nich dobrać – mówi. – Ta praca uczy pokory, cierpliwości, ale daje też miłość. Kocham ją ogromnie, może dlatego, że jest taka trudna. To interes pod chmurką, jesteśmy uzależnieni od pogody, zmienności natury. Na pierwszy zbiór czeka się trzy lata. Po siedmiu można coś powiedzieć o naturze winorośli. Wie się, czy będzie chciała tu żyć. Bo winny krzew to żywa istota, która wybiera swoje miejsce. Rodzice Kingi – Halina i Wojciech Kowalewscy – w 1985 r. wybrali sobie miejsce na życie w Starej Wsi, w zbudowanym w 1870 r. dawnym domu nadzoru wodnego. Ich winnica, której, po córce, dali imię „Kinga”, z humorami typowymi dla kobiety, ale też z wdziękiem i urodą gron, od ponad trzydziestu lat rodzi winogrona deserowe, winne i takie na ocet winny. – Moja mama nie bez powodu uważa, że winnica jest kobietą – uśmiecha się Kinga.

Stoły w „rybakówce”, dawnym domu przeznaczonym do suszenia sieci, składowania łodzi i skrobania ryb, okryte są szydełkowymi, białymi obrusami. Na nich dzbanek wody z gałązką mięty, z ich domowego ogródka (tylko cała gałązka daje prawdziwy aromat), na talerzu kiście winogron, tak piękne jak martwa natura z obrazów holenderskich mistrzów, i ich własne wino, tzw. kupażowe, będące mieszanką dwóch szczepów winorośli Muskat i Aurora. Tną komary przypominając o obecności Odry. Ciemne cielsko jej wód przelewa się za wałem wodnym tuż pod bokiem winnicy. – Kiedy po powodzi na krótki czas musieliśmy zamieszkać w Zielonej Górze, czuliśmy się jak bezpańskie psy – opowiada Kinga. – Jesteśmy z tych, co zapuszczają korzenie

Pod wulkanem

W Lubuskiem rodzi ponad 20 winnic. „Kinga” jest jedną z najstarszych. – Mickiewicz w listach z Francji pisał o winiarzach, że są spokojniejsi, pogodniejsi niż inni – opowiada Wojciech Kowalewski, tata Kingi. – Bo przy winoroślach nie można się denerwować – zaznacza. On z żoną są żywą ilustracją słów wieszcza. Zdystansowani, wewnętrznie uśmiechnięci opowiadają o swoim życiu związanym z winnicą. – Teraz zajmują się nią młodzi – córka Kinga z mężem Robertem i syn Maciek po politologii. Kinga jest z wykształcenia plastyczką, studiowała też architekturę wnętrz i ogrodów, projektowała ogrody oligarchom rosyjskim. W którymś momencie zorientowała się, że jej miejsce jest w Starej Wsi i z mężem przejęli po rodzicach winnicę. Mąż uczy przedmiotów technicznych w szkole średniej. Młodzież z klasy gastronomicznej, ucząca się zawodu winiarza, przyjeżdża na ich winnicę na praktyki. – Polscy winiarze odróżniają się od innych na świecie – mówi Kinga. – Muszą mieć dodatkowe zajęcia, żeby inwestować w wino. Tak jak jej rodzice, zanim zajęli się na całego uprawą winorośli. Tata był naczelnikiem Bytomia Odrzańskiego, mama dyrektorką domu kultury w Zielonej Górze. Przeprowadzili się z mężem do Starej Wsi, kiedy został prezesem spółdzielni produkcyjnej. Dotąd wychowywała córkę na stole pingpongowym w domu kultury i, jak się śmiali znajomi, potrafiła zamordować kaktusa w doniczce. Na nowym miejscu postanowiła hodować warzywa i zajmować się dziećmi. – W tamtych latach państwo miało monopol na wszystko i nie było koniunktury na produkcję wina – opowiada Kinga. – Do hodowli winorośli namówił rodziców starszy brat taty, mieszkający w Ciechanowskiem. Na wschodzie kraju święciła triumfy odmiana deserowa winorośli o wdzięcznej nazwie Skarb Panonii. Wujek zainspirował ich do jej uprawy. Najpierw postawili w ogrodzie jeden namiot. – Tam były warunki afrykańskie, upały, w jakich krzewy dobrze rosły – wspomina mama Halina. „Wojtuś, postaw mi następny” – prosiła męża. „Halinka, nie, bo dojdziesz do końca posesji” – ostrzegał i stawiał następny namiot, aż uzbierało się ich osiem. – Rynek był popsuty przez nieuczciwych ogrodników – wspominają. – Skarb Panonii ma tę wadę, że nawet kiedy jest niedojrzały, to pięknie wygląda. Hodowcy zrywali niedojrzałe grona i utarło się, że polskie winogrona są kwaśne. Kiedy zaczynali własną sprzedaż, Kinga na winobraniu w Zielonej Górze chodziła z kartką: „Nie dziękuję, póki nie spróbuję”. Sama zrywa grona tylko wtedy, kiedy najniższy owoc jest słodki. – Naszych winogron nigdy żeśmy cukrem nie posypywali – mówi pani Halina.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...

Kalendarz do archiwum

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
25°C Poniedziałek
wieczór
22°C Wtorek
noc
18°C Wtorek
rano
21°C Wtorek
dzień
wiecej »