Święta narzeczona? Dlaczego nie!

– Życie bez Boga jest stratą czasu, nudną i płytką zabawą w oczekiwaniu na śmierć – mawiała Sandra Sabattini. Papież właśnie podpisał dekret o heroiczności jej cnót. 23-letnia Włoszka wkrótce może zostać pierwszą beatyfikowaną narzeczoną.

To jest święta codzienności. Normalna, pełna życia i radości, a jednocześnie świadoma, co w życiu jest najważniejsze, i mimo młodego wieku radykalnie za tym podążająca – mówi Laila Lucci, autorka obszernej biografii Sandry Sabattini. Dzięki niej Włosi właśnie zaczynają odkrywać przesłanie, jakie zostawiła Sandra, ta, zdawać się mogło, niepozorna dziewczyna, która coraz bardziej zaczyna fascynować swoich rówieśników.

Wielkie pragnienie Sandry

Urodziła się w 1961 r. w Riccione. Kiedy miała cztery lata, wraz z rodzicami i starszym bratem Rafaele zamieszkała w Rimini, na terenie parafii św. Hieronima, gdzie proboszczem był ks. Giuseppe Bonini, brat mamy. Głęboka wiara rodziców, a także otoczenie, w jakim się wychowywała, sprawiły, że stała się niezwykle wyczulona na najwyższe wartości życia i wiary. Tuż po przyjęciu I Komunii św. zaczęła prowadzić dziennik duchowy. Miała wtedy zaledwie 10 lat. Rodzice i przyjaciele dowiedzieli się o tym dopiero po jej śmierci. – Swe myśli notowała na gorąco na tym, co miała pod ręką. Stąd w dzienniku jest mnóstwo powklejanych kawałków kartek, pocztówek z wyjazdów, a nawet serwetek, na których spisywała swoje myśli – mówi Nicoletta Pasqualini, która doprowadziła do wydania zapisków Sandry. Poznały się na rekolekcjach. Potem często ze sobą rozmawiały. – Sandra uwielbiała tańczyć, chodzić po górach, grała na fortepianie, uprawiała sport, pochłaniała książki, śpiewała w chórze, angażowała się w różne grupy parafialne, a przede wszystkim kochała niepełnosprawnych i odrzuconych. Dla nich była w stanie zrobić wszystko – mówi Nicoletta.

Kiedy miała 12 lat, spotkała charyzmatycznego kapłana, założyciela prężnie rozwijającej się wówczas Wspólnoty Papieża Jana XXIII. Kilka chwil rozmowy z ks. Orestem Benzim zaważyło na jej dalszym życiu. Charyzmat wspólnoty, jakim jest niesienie pomocy niepełnosprawnym, odrzuconym i uzależnionym od narkotyków, szybko stał się dla Sandry najważniejszym wymiarem codzienności. „Pragnę upodobnić się do Jezusa ubogiego sługi i dzielić życie z ostatnimi ludźmi” – zapisała w swym dzienniku. Z charakterystycznym dla siebie dynamizmem i radością włączyła się w życie wspólnoty. Z niepełnosprawnymi zaczęła wyjeżdżać na obozy formacyjne. Po jednej z wypraw w Dolomity wyznała mamie: „Tak się napracowałam, że bolą mnie wszystkie kości, ale jestem szczęśliwa. Tych ludzi nigdy już nie opuszczę”. – Często ręce mi opadały, jak Sandra wychodziła z domu w nowej kurtce czy dopiero co kupionym swetrze, a wracała w starych, podartych ciuchach, bo swoje oddała komuś, jak twierdziła, bardziej potrzebującemu – wspomina jej mama.

Nie tracić czasu

Rodzice szanowali wybory córki, chociaż nie było to dla nich łatwe. Tato zainterweniował jedynie, gdy po celującym zdaniu matury stwierdziła, że wyjeżdża na misje do Afryki. Poradził, by najpierw zdobyła zawód, skończyła studia i dopiero potem jechała, jak stwierdził, ratować świat. „Najpierw się buntowałam, ale szybko zrozumiałam, że rada taty była niezwykle mądra. Nadal chcę wyjechać do Afryki jako misjonarka. Jest jeszcze tak wielu ludzi, którzy potrzebują ode mnie wiary i Twojej miłości, Panie” – zapisała Sandra w dzienniku.

Dostała się na medycynę w Bolonii. Zdecydowała, że jako lekarz lepiej będzie mogła służyć we wspólnocie. Medycyna była dla niej kolejnym krokiem na drodze służby potrzebującym, a nie drogą do wygodnego życia. – Nie chciała tracić czasu. Do trudnych egzaminów przygotowywała się w wolnych chwilach między licznymi obowiązkami. Anatomię wkuwała na przystanku w oczekiwaniu na autobus. Mimo to studia szły jej bardzo dobrze – wspomina Nicoletta.

– Nieraz mówiłam córce, że powinna trochę bardziej pomyśleć o sobie, bo studia są wymagające, i choć troszkę ograniczyć swą działalność we wspólnocie, która za bardzo ją angażuje. Słuchała w milczeniu i dalej robiła swoje. Kiedy była do czegoś przekonana, nie można jej było od tego odwieść. A ubodzy byli całym jej życiem – wspomina mama Sandry. Jej przyjaciele mówią, że miała szósty zmysł, którym było odkrywanie ukrytej biedy. Wybrała Boga, i to było widać w jej życiu, a w konsekwencji wybrała ubogich, którym poświęciła swój czas. Nie przeszkodziła jej w tym nawet miłość.

Z Giudo Rossim poznali się we wspólnocie. – Kiedyś zadzwoniła do mnie z pytaniem, czy pomogę jej w opiece nad autystyczną dziewczynką. Chciała ją zawieźć nad morze. Wykręciłem się brakiem czasu. Studiowałem wtedy inżynierię i akurat przygotowywałem się do trudnego egzaminu, a ona na ten mój argument ze śmiechem wypaliła, że dla potrzebujących trzeba mieć czas – wspomina Guido. Stali się nierozłączni. Na pierwszy spacer Sandra zabrała go na… cmentarz. Często tam chodziła. Lubiła oglądać zdjęcia na nagrobkach i zastanawiać się nad śmiercią. Mawiała, że ta refleksja pomaga jej odkrywać prawdziwy sens i wartość życia. – Ona kochała życie. I tego zachwytu uczyła także mnie. Uczyła mnie też kochać Boga, ufać Mu. Robiła to z niesamowitym wdziękiem, ale była też wymagająca – opowiada Guido. Wspomina, jak Sandra podarowała mu kiedyś książeczkę z ważnymi dla siebie modlitwami. – Gdy zauważyła po jakimś czasie, że nawet nie zajrzałem do środka, znalazła inny sposób, by mnie zachęcić do modlitwy – mówi. Po kilku latach znajomości zaręczyli się. Zaczęli planować wspólne życie. O misjach marzyli już wspólnie. – Dojrzewaliśmy razem w tej naszej miłości. Jednocześnie całymi garściami czerpaliśmy z życia, bo taka była Sandra, kochała życie i ludzi – wspomina Guido. „Kiedy naprawdę kochałam, czułam, że Bóg wypełnia wszystko i wszystkich” – notowała w swym dzienniku.

Przerwane życie

Wspólne plany pokrzyżował wypadek. 29 kwietnia 1984 roku z narzeczonym jechała na spotkanie wspólnoty. Kiedy Sandra wysiadła z samochodu, potrącił ją rozpędzony pojazd jadący z przeciwnej strony. Karetka przyjechała natychmiast. Rana głowy okazała się jednak śmiertelna. Zmarła po trzech dniach, nie odzyskawszy przytomności

– Ona mogła żyć tak pięknie, ponieważ swój dzień zawsze zaczynała i kończyła na kolanach. Tą gorliwością mnie, kapłana, często zawstydzała. Nieraz, gdy wchodziłem o świcie do kościoła, widziałem, jak trzyma w rękach mój kapłański brewiarz i modli się. Codzienna adoracja Najświętszego Sakramentu dawała jej siłę – mówi wuj Sandry, ks. Giuseppe. A sama Sandra w swym dzienniku pisała o tym, że od dziecka lubiła się modlić Psalmami i czytać Pismo Święte. Jako nastolatka zapisała: „Panie, czuję, że wyciągasz do mnie ręce i przyciągasz do siebie. Pomóż mi żyć lepiej i pełniej. Widzę, jak wiele jest we mnie ograniczeń. Pomóż mi je pokonać. Wciąż nie mogę uwierzyć, że tak bardzo mnie kochasz mimo mych słabości. Ucz mnie wiary”.

– Są święci małżonkowie, są święci rodzice, ale czyż nie byłoby pięknie mieć również świętą narzeczoną? – mówił ks. Oreste Benzi, który zaraz po śmierci Sandry zaczął starać się o otwarcie jej procesu beatyfikacyjnego. Zachęcał też do modlitwy za jej wstawiennictwem.

Pierwszy cud Sandry

Onkolodzy dawali Stefano Vitali najwyżej pół roku życia. Agresywny rak jelita grubego z licznymi przerzutami dosłownie zżerał jego organizm. Nie pomogła operacja ani chemioterapia. Ks. Benzi zachęcił go, by wraz z żoną modlili się o cud. Dał im zdjęcie młodej, uśmiechniętej dziewczyny. – Żona chciała modlić się do jakiegoś znanego ze „skuteczności” świętego, ale ostatecznie zawierzyłem się Sandrze. Moje wyniki z dnia na dzień zaczęły się poprawiać – opowiada Vitali. Prowadzący lekarz stwierdził, że jako człowiek niewierzący nie może mówić o cudzie, wie jednak, że poprawa jego zdrowia jest niewytłumaczalna z medycznego punktu widzenia. Od tego momentu minęło 11 lat, a Vitali wciąż cieszy się doskonałym zdrowiem. Obecnie cud bada watykańska komisja medyczna. Jeśli go potwierdzi, Sandra trafi na ołtarze. Jej przyjaciele są przekonani, że nastąpi to szybko, ponieważ podobnych cudów jest wiele. Sandra jest bardzo skuteczna w swym wstawiennictwie.

Ewangeliczny radykalizm młodej Włoszki fascynuje coraz więcej młodych ludzi. 19-letnia Benedetta wyznaje, że dla niej lektura dziennika duchowego Sandry była jak kubeł zimnej wody. – To nie są słodkie słowa, tam jest realizm i trud młodzieńczego życia. Ona pokazała mi drogę do Boga i przekonała, że warto podjąć ryzyko wiary – opowiada. I cytuje inspirujące ją słowa: „Dziś widzimy inflację dobrych chrześcijan, a świat potrzebuje świętych”. Także świętych narzeczonych od codzienności. 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    1 2 3 4 5 6 7
    8 9 10 11 12 13 14
    15 16 17 18 19 20 21
    22 23 24 25 26 27 28
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    27°C Poniedziałek
    wieczór
    23°C Wtorek
    noc
    19°C Wtorek
    rano
    26°C Wtorek
    dzień
    wiecej »