Cień Castro

Im większe nadzieje na zmianę na Kubie, tym bardziej władza zaostrza politykę zastraszania. Tak samo może być po ustąpieniu Raúla Castro z funkcji prezydenta.

Koniec ery braci Castro. Kuba otwiera nowy rozdział. Takie hasła powtarzały światowe media, gdy Raúl Castro ogłosił ustąpienie z urzędu prezydenta i przedstawił świeżo wybranego przez aparat partyjny następcę, Miguela Díaz-Canela. Czy rzeczywiście są powody do optymizmu?

Raúl wierny Fidelowi

Podobne nadzieje wyrażano, gdy dekadę temu Fidel Castro przekazał władzę swojemu bratu Raúlowi, a po śmierci wodza rewolucji w listopadzie 2016 r. sądzono, że już w pełni samodzielny Raúl naprawdę otworzy Kubę na świat. Poza kilkoma ruchami – jak porozumienie z USA za prezydentury Baracka Obamy czy częściowe reformy umożliwiające prowadzenie działalności gospodarczej – nie można jednak mówić o zasadniczych zmianach w polityce bezpieczeństwa. Pokładający nadzieję w Raúlu komentatorzy zachodni pomijali pewien drobny szczegół – Raúl od początku kubańskiej rewolucji nie tylko szedł wiernie za swoim bratem, ale był też uważany za człowieka od tzw. brudnej roboty. Huber Matos, jeden z przywódców rewolucji, którego później bracia Castro skazali na długie lata więzienia i tortur, mówił mi w 2009 r., że Raúl od początku był bardziej radykalny. Co więcej, przeczytał Marksa i był oddany marksizmowi, gdy tymczasem Fidel nie miał żadnej ideologii, był zapatrzony wyłącznie w siebie, a komunizm wybrał tylko dlatego, że był wówczas modny (gdyby modny był faszyzm, Fidel byłby faszystą, mówił Matos).

Lata samodzielnych rządów Raúla Castro nie tylko nie przyniosły zasadniczych reform, ale w niektórych obszarach polityka kontroli i represji była nawet większa niż w schyłkowym okresie rządów Fidela. Gdy teraz nowy prezydent Kuby Miguel Díaz-Canel oświadczył, że będzie kontynuował rewolucję kubańską, zaznaczył, że Raúl Castro pozostaje liderem tej rewolucji. Warto dodać, że Raúl do 2021 r. pozostanie na czele partii oraz zachowa całkowitą kontrolę nad armią. W pewnym sensie ponownie będzie mógł być sobą – człowiekiem od brudnej roboty.

Przykręcanie śruby

W 2015 r. można było mówić o przełomie w stosunkach z USA, ale parę lat wcześniej Amerykanie stanowczo odmawiali zawarcia porozumienia, argumentując, że za rządów Raúla represje wobec Kubańczyków są silniejsze niż za Fidela. Faktem jest, że jeszcze w 2012 r., tuż przed wizytą na Kubie papieża Benedykta XVI, liczba aresztowań i innych represji wobec członków opozycji i ich rodzin wyraźnie wzrosła. Raúl miał wieloletnią praktykę w zarządzaniu armią i bezpieką – przez blisko 50 lat kierował „resortami siłowymi”, które były być może jedynymi zorganizowanymi instytucjami na Kubie. Nie tylko skutecznie pacyfikowały wszelkie próby odzyskiwania wolności, ale stały się również dobrze prosperującym… przedsiębiorstwem państwowym.

Gdy w 2016 r. na Kubę przyleciał Barack Obama, uznano to za zwiastun „tym razem już pewnych” zmian w polityce wewnętrznej wyspy. Gdy po przemówieniu Obamy odbyła się wspólna konferencja prasowa, Raúl musiał publicznie, przy stojącym obok prezydencie USA, odpowiedzieć na pytanie o więźniów politycznych. „Dajcie mi listę tych więźniów, a zostaną wypuszczeni. Podajcie mi ich nazwiska i jeśli ci więźniowie polityczni rzeczywiście istnieją, zostaną uwolnieni przed zapadnięciem zmroku” – mówił prezydent Castro, nie kryjąc irytacji. Tyle tylko, że gdy Obama wrócił do Waszyngtonu, represje wobec opozycji nasiliły się.

„Żadnych zmian”

Nowy prezydent ma 57 lat. Jego wiek pozwala mieć nadzieję, że nastąpi nie tylko pokoleniowa, ale i realna zmiana na szczytach władzy. Jak dotąd jednak Miguel Díaz-Canel zapowiedział, że „polityka zagraniczna Kuby pozostanie niezmieniona” i „nikt nie zdoła osiągnąć celu polegającego na osłabieniu rewolucji kubańskiej”, która „nigdy nie ugnie się wobec nacisków i gróźb”. Można to uznać zarówno za szczerą, lojalnościową wobec swojej partii i Castro deklarację, jak i za zwykłą formułkę, która nie będzie miała znaczenia, gdy Raúl Castro nie będzie już w stanie kontrolować nawet armii i służb. Na razie jednak nie ma powodów, by nie brać na serio jego zapewnień, że „nie ma mowy o zmianie celu strategicznego rewolucji kubańskiej i systemu politycznego kraju”. Sam Raúl Castro, zachwalając nowego prezydenta, zapewniał, że „jego wybór nie jest wynikiem improwizacji” i „nie jest to karierowicz ani człowiek przypadkowy”, tylko osoba wykazująca „ideologiczną stabilność, polityczną wrażliwość, zaangażowanie i wierność rewolucji”. Rzeczywiście, trudno mówić o „przypadkowym” prezydencie, gdy jest nim człowiek bardzo silnie związany z aparatem partyjnym – Díaz-Canel był ministrem szkolnictwa wyższego, wicepremierem, a także wiceprezydentem Kuby. Można zatem powiedzieć, że prezydentem została prawa ręka Raúla Castro.

Sankcje nie działają?

To, niestety, może oznaczać, że Kubańczycy nie mają co liczyć na poprawienie swojej sytuacji. Nie tylko z powodu braku zasadniczych reform politycznych i gospodarczych, ale też z powodu przywrócenia przez administrację Trumpa części restrykcji ekonomicznych, m.in. ukrócenie transferów finansowych z USA. Zniesienie pełnej blokady ekonomicznej przez Obamę sprawiło, że Kubańczycy mieszkający w USA mogli po dekadach zakazu przekazywać pieniądze swoim krewnym na wyspie. Faktem jest, że trwająca pół wieku blokada ekonomiczna, jako rzekome narzędzie nacisku na reżim Castro, doprowadziła Kubę – równolegle z marksistowską utopią na wyspie – na skraj nędzy. Skuteczność sankcji gospodarczych stosowanych w polityce międzynarodowej eksperci oceniają na ok. 26 procent. I to w tzw. warunkach sprzyjających, czyli w sytuacji, gdy „wspólnota międzynarodowa” jest w miarę jednomyślna w kwestii nałożenia sankcji na jakiś kraj. Takie dane są wynikiem badań, jakie były przeprowadzane na przestrzeni niemal 30 lat, od 1970 do 1999 roku. Skoro 26-procentowa skuteczność sankcji nie jest imponująca, a koszty dla społeczeństwa są ogromne (bo to zwykli ludzie, a nie aparat władzy, odczuwają ich skutki), to można mówić o fiasku trwającej pół wieku amerykańskiej polityki wobec Kuby. Tyle tylko, że jak dotąd nie widać też zasadniczych efektów polityki otwarcia, jaką zapoczątkowała administracja Obamy. Klucze do poprawy sytuacji na Kubie znajdują się zatem na wyspie. Dopiero gdy Miguel Díaz-Canel będzie miał na tyle własnego przekonania i woli, by dokonać realnych zmian, a siły wierne Castro nie staną mu na drodze, będzie można mówić o nowej erze na Kubie. Na razie to ciągle wyspa wyniszczona rewolucją braci Castro.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    30 1 2 3 4 5 6
    7 8 9 10 11 12 13
    14 15 16 17 18 19 20
    21 22 23 24 25 26 27
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10
    16°C Piątek
    noc
    12°C Piątek
    rano
    16°C Piątek
    dzień
    17°C Piątek
    wieczór
    wiecej »