Praga śpiewa z nami

O odrodzeniu przedwojennego folkloru w 100. rocznicę urodzin Stanisława Grzesiuka mówi Jan Młynarski, lider zespołu Warszawskie Combo Taneczne.

Maciej Kalbarczyk: Wychował się Pan w zupełnie innej epoce niż Grzesiuk, ale od dziecka intensywnie słuchał Pan jego piosenek. Co zafascynowało małego Jana w twórczości barda Czerniakowa?

Jan Młynarski: W naszym domu zawsze dużo mówiło się o Warszawie, a rozmowom na ten temat towarzyszyła muzyka. Grzesiuk z charakterystycznym akcentem śpiewał o stolicy, opowiadał historie, które wydarzyły się na jej ulicach i podwórkach. Słuchałem tych nagrań z ogromną przyjemnością, zapamiętywałem teksty piosenek, a wkrótce zacząłem je śpiewać. Chwilę później przeczytałem też książki: najpierw kilka razy „Boso, ale w ostrogach”, a później „Pięć lat kacetu” i „Na marginesie życia”. Odkryłem swoją warszawską tożsamość, poczułem bardzo silny związek z miastem. Tym uczuciom sprzyjał także czas, w którym przypadła moja młodość: w latach 90. nastąpiła eksplozja popularności zespołu Szwagierkolaska. Dzięki niemu piosenki Grzesiuka zaczęła nucić cała Polska. Przy różnych okazjach towarzyskich sięgałem po gitarę i zaczynałem śpiewać. Lata później, przy kolejnej nieformalnej okazji, dołączyli do mnie koledzy, także zafascynowani tymi utworami. Zaczęło nam to fajnie wychodzić, więc stwierdziliśmy, że warto wyjść do ludzi. Tak powstał zespół.

Po kilku latach działalności kapeli w Pana ręce trafiła bandżola Grzesiuka. Co Pan poczuł po raz pierwszy, grając na instrumencie, dzięki któremu muzyk przetrwał obóz koncentracyjny?

Uczucie nie do opisania, to była dla mnie bardzo ważna chwila. Długo zastanawiałem się, co dzieje się z legendarnym „drewnem”, widocznym praktycznie na wszystkich zdjęciach z występów Grzesiuka. Nawiązałem kontakt z jego wnuczką Izą Laszuk. Okazało się, że bandżola przez kilkadziesiąt lat leżała w szafie. Instrument był w fatalnym stanie, wymagał natychmiastowej naprawy. Zajął się tym świetny lutnik z Bródna Bogusław Poniatowski. Dzięki niemu „drewno” ożyło, a wkrótce znowu zabrzmiały na nim przedwojenne piosenki. Mój pierwszy kontakt z tym instrumentem był doznaniem metafizycznym, trudnym do opisania słowami.

Na bandżoli z napisem KL-Gusen 1940–1945 nagrał Pan album „100 lat Panie Staśku!”. Jaki obraz Warszawy wyłania się z piosenek, zgromadzonych na tej płycie?

Do pewnego stopnia można potraktować ten krążek jako kapsułę czasu, w której zamknięto to, co było charakterystyczne dla tego miasta. To obraz przedwojennej stolicy z jej gwarą i podwórkami. Te piosenki wykonuje jednak zupełnie inne pokolenie, dzięki temu stają się pomostem łączącym przeszłość z teraźniejszością.

Jeśli chodzi o aranżacje, Warszawskie Combo Taneczne jest dość konserwatywne. W przedwojennych piosenkach nie ma miejsca na eksperymenty?

Naszym celem jest wykonywanie tych utworów w sposób możliwie jak najbardziej tradycyjny. Dbamy o brzmienie, nie modyfikujemy instrumentarium, nie dodajemy elektroniki. Jesteśmy od tego, żeby zachować prawdziwego ducha tamtego czasu. To trochę tak jak z folklorem góralskim. Z jednej strony istnieją kapele, które nuta w nutę odgrywają melodie, po które sięgali dziadkowie i pradziadkowie, a z drugiej są też takie zespoły jak Trebunie Tutki i Zakopower, które łączą różne style. Doceniam np. mocno eksperymentalny Projekt Warszawiak, w którego ramach Łukasz Garlicki zaprezentował nowoczesną, melorecytowaną wersję „Nie ma cwaniaka na warszawiaka” i zawarł w niej przekaz o potrzebie tolerancji i walki z negatywnymi stereotypami. Takie zabawy muzyczną formą nie są jednak naszą domeną, ale myślę, że generalnie przyświeca nam ten sam cel: chcemy pokazywać Warszawę z dobrej, dającej się lubić strony.

Combo gra koncerty na mniejszych i większych scenach, kultywuje także tradycję ulicznego muzykowania. Ludzie nadal chcą słuchać przedwojennych szlagierów?

Od kilku lat gramy koncerty w całej Polsce. Wszędzie jesteśmy przyjmowani niezwykle ciepło: ludzie proszą o bisy, kupują nasze płyty. To napawa nas ogromnym optymizmem. Jeśli chodzi o granie na podwórkach, jest to element tradycji. Staramy się ją kultywować zwłaszcza w miejscach, w których funkcjonują większe skupiska dobrze zintegrowanych ze sobą ludzi. Najczęściej odwiedzamy Pragę, której mieszkańcy doskonale pamiętają zespoły krążące po podwórkach. Kiedy wchodzimy przez bramę, w oficynach otwierają się okna, ludzie zaczynają rzucać pieniądze zawinięte w chusteczki. Śpiewają razem z nami, bardzo dobrze znają teksty. Wielu mieszkańców prosi o wykonanie swoich ulubionych piosenek, niektórzy częstują nas jedzeniem, czasami zaczynają tańczyć. Tradycja spotkań z ulicznymi grajkami jest dla nich czymś zupełnie oczywistym.

Pewnie inaczej reagują mieszkańcy Miasteczka Wilanów.

Rzeczywiście, w nowych dzielnicach po lewobrzeżnej stronie miasta jest znacznie gorzej. Ludzie praktycznie ze sobą nie rozmawiają. Większość interesuje tylko to, żeby dojechać do pracy i wrócić do domu. Wolny czas spędzają w zamkniętych osiedlach, warszawską tradycję znają słabo, co nie znaczy, że w ogóle. Generalnie na ulicy nie gramy dla pieniędzy, ale sumy, które zbieramy podczas muzykowania wiele mówią o poszczególnych dzielnicach. Z biednej Pragi zawsze wracamy z kieszeniami pełnymi drobnych, a po drugiej stronie Wisły zdarza się, że nikt nie wrzuci nawet grosza. Niezależnie od tego granie na ulicy to niesamowite doświadczenie. To okazja do rozmowy z przechodniami, którzy opowiadają nam różne historie. Jeszcze jakieś 7 lat temu spotykaliśmy powstańców warszawskich. Jeden z nich powiedział nam, że pamięta podobny do naszego zespół, grający na ulicach okupowanego miasta w ostatnich dniach lipca 1944 r. To było bardzo wzruszające.

To, co Pan powiedział o bogatszych dzielnicach, nie napawa optymizmem. Wygląda na to, że coraz mniej ludzi czuje związek z rodzimym folklorem.

To jest spowodowane wieloma czynnikami. Niebagatelny na to wpływ miała II wojna światowa, a potem rządy komunistów, którzy robili wszystko, żeby zniszczyć poczucie wspólnoty i więzi między ludźmi. Doskonale wiedzieli, że tam, gdzie tradycja jest żywa, ludzie żyją razem i stają się niebezpieczni dla władzy. Mamy jednak dużą szansę, żeby odbudować to, co straciliśmy. To dzieje się na naszych oczach, wystarczy spojrzeć na ilość zespołów inspirujących się folklorem, które w ostatnich latach pojawiły się w stolicy. Afisz odbywającego się w maju Festiwalu Grzesiuka jest od początku do końca wypełniony młodymi kapelami. Duży ruch widać także w innych miastach. Młodzi muzycy szukają swoich korzeni, odkrywają i interpretują na nowo tradycje przodków. Myślę, że ta muzyka przetrwa kolejne pokolenia, a czy będą jej słuchać tysiące, setki czy dziesiątki ludzi to już inna sprawa. Bardzo istotne jest też zjawisko nowej warszawskiej tożsamości, którą przybysze z różnych stron tutaj w sobie odkrywają.

W nagraniach albumu „100 lat Panie Staśku!” poza młodymi muzykami wziął udział także Jerzy Jastrzębski, legendarny akordeonista. Dużo jest jeszcze w Warszawie tak doświadczonych artystów, grających piosenki Grzesiuka?

Niestety, coraz mniej, można ich policzyć na palcach jednej ręki. Mieliśmy ogromne szczęście, zagraliśmy ze znanym w środowisku wirtuozem akordeonu. Pan Jerzy grał m.in. z Kapelą z ulicy Chmielnej, a razem z Hanką Bielicką w latach 70. odbył tournée po USA. Prywatnie jest ojcem naszego gitarzysty Sebastiana Jastrzębskiego. Poza nim aktywni ze starszego pokolenia są jeszcze śpiewający i grający na bandżoli Sylwester Kozera z Kapeli Czerniakowskiej i akordeonista Janek Stokowski, którego nadal można spotkać w przejściu podziemnym przy stacji Centrum.

Miasto ciągle się zmienia, odchodzą ludzie, którzy tworzyli jego niepowtarzalny klimat. Czy mimo tego gdzieś jeszcze można poczuć ducha miejsc, o których śpiewał Grzesiuk?

Urok obecnej Warszawy polega na tym, że jeśli chce się znaleźć te miejsca, to trzeba ich trochę poszukać. Kiedy przychodzi wiosna, wystarczy dobrze nabrać powietrza w płuca, żeby poczuć klimat, o którym pisał i śpiewał Grzesiuk. Warto pójść chociażby ul. Spacerową lub Belwederską w dół i zagłębić się w małe uliczki. Starych domów jest tam już niewiele, ale klimat pozostał. Można też pójść ul. Dolną do góry, do parku Dreszera albo wrócić z powrotem na dół przez łąki na Wierzbnie. Park Sielecki, który mieści się na tyłach ul. Chełmskiej, wygląda praktycznie tak samo jak za czasów Grzesiuka. Właśnie tam odbywa się festiwal poświęcony jego twórczości. 5 maja zagramy w tym miejscu koncert poświęcony pamięci barda Czerniakowa.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    12 13 14 15 16 17 18
    19 20 21 22 23 24 25
    26 27 28 29 30 31 1
    2 3 4 5 6 7 8
    21°C Niedziela
    rano
    30°C Niedziela
    dzień
    31°C Niedziela
    wieczór
    26°C Poniedziałek
    noc
    wiecej »