Jednotonowość bywa piękna, ale...
Co słychać? Zależy to od tego, gdzie się przystawi ucho. Coraz częściej jednak zastanawiam się, czy ma sens to ucho gdzieś przystawiać. Czy nie lepiej słyszeć tylko to, co faktycznie wokół mnie i nie wiedzieć za dużo o brudach tego świata? Tak, brudach. Przecież nimi właśnie w sporej mierze wypełnione jest to, do czego to ucho przystawiam: media, także społecznościowe. To co dobre.. hm.. chyba niespecjalnie się w nich przebija. Rozumiem: też uznałbym, ot, że ocielenie się krowy to temat tylko wtedy, gdy urodziło się cielę z dwoma głowami. No ale tym sposobem nieciekawy robi się ten obraz świata w mojej głowie. Tu biją naszych w Berlinie, tam szaleństwo poprawności rasowej i politycznej w Wielkiej Brytanii, a na Bliskim Wschodzie... Nie, dajmy spokój...
Wspomniałem w poprzednim swoim komentarzu o tym, że rozjazd między Ewangelią a życiem, to nie tylko coś, co dotyka nasze czasy. Bywało tak i dawniej. Chrześcijaństwo, przynajmniej tam, gdzie jest większości, tworzy pewną kulturę. Chrześcijańską niby, ale nie do końca. Ot, myślę o czasach średniowiecza, gdy biskupi miewali w sobie więcej z feudalnych panów niż z pasterzy Bożej trzody. Dziś, myślę, bywa podobnie. Przyzwyczajamy się do tego naszego „kościelnego” stylu i niespecjalnie próbujemy go rewidować wskazaniami Ewangelii. Widzę też jednak w Kościele inne zjawisko: pojawiających się co jakiś czas przeróżnych ruchów odnowy. Mniejszych, większych, nieraz prowadzących do powstania nowych zakonów, nowych prądów pobożności, kładących nacisk na te czy inne sprawy... Tak, Kościół ciągle się odnawia. Ale w tym ruchu nie idziemy dokładnie takimi samymi ścieżkami. Czy powinniśmy się martwić? Czy mamy do czynienia z jakimś rozmijaniem się z Ewangelią?
Najłatwiej zilustrować to na przykładzie zakonów. Tu benedyktyni, cystersi albo kameduli, tam franciszkanie, dominikanie, jezuici, salezjanie... Która droga prowadzi do Boga? Wszystkie? No to która najlepsza? W tym sęk, że nie tak powinniśmy stawiać sprawę. Może Pan Bóg potrafiłby je ocenić – my, raczej nie. Dla nas, uczciwie rzecz biorąc, każda z tych dróg jest drogą do Boga. Czy nam dana duchowość odpowiada czy nie, to inna sprawa. Jednak jako że różni jesteśmy, każdemu może któraś z nich odpowiadać bardziej. I nie znaczy to, że ktoś, ze względu na ten wybór, jest lepszym chrześcijaninem, a inny gorszym. Ta wielość to nie problem. To raczej bogactwo.
Podobnie chyba trzeba spojrzeć na wielość różnych ruchów w Kościele. O ile trzymają się Ewangelii, a nie wymysłów swoich liderów, są bogactwem. Na pewno. I wbrew tym, którzy uważają, że ich ścieżyna jest jedyną pewną, a inne, to już nie wiadomo. Być może bogactwem są też dziś w Kościele zarówno ci, którzy głoszą potrzebę obrony wiary jak i ci, którzy apelują o większą otwartość wierzących. W pewniej mierze przecież i jedni i drudzy mają rację: i jedno i drugie jest Kościołowi potrzebne...
Tak, chrześcijaństwo to symfonia. Różnych, ale dobrze współbrzmiących głosów. Nie bójmy się tego bogactwa.
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |
Za krótki, ale też za długi sen wiąże się z szybszym starzeniem organizmu.