„Idziemy dzisiaj do lasu?”- pyta Alusia. „A kościół dzisiaj jest?” – to kolejne pytanie. Hmm…
Taki miałam właściwie plan. Do kościoła na nabożeństwo czerwcowe. A przedtem przejść się po lesie, przy okazji - ach, to nieszczęsne zacięcie dydaktyczne - ucząc dziecię poruszania się wyznaczonym szlakiem według znaków – tu akurat zielonych. Pamiętam jeszcze z dzieciństwa tę radość – wypatrywanie i odnalezienie kolejnego oznakowanego drzewa. „Jak do lasu, to weźmiemy jakiś worek”- raczej decyduje niż proponuje Ala. „Na śmieci?” – pytam, bo wiem, że swego czasu miała ochotę posprzątać po tych niegrzecznych dorosłych, którzy nie chodzili do przedszkola i dlatego nie wiedzą, że las to nie śmietnik. „Na grzyby…” – rozmarza się mała.
„Nie ma jeszcze grzybów” – odpowiadam. Parę dni temu szwendałam się z grupą (w ramach śląsko-zagłębiowskich szwendań) nad pobliską rzeczką, której okolice są czy bywają rajem dla grzybiarzy. I nic. Ala wyraźnie rozczarowana. Omiatamy oczami trawniki. Znikły nawet pojawiające się niedawno tu i ówdzie pieczarki. Te zresztą można kupić w każdym markecie i na każdym straganie, a znajdując je wśród trawy, trzeba dobrze się przypatrzyć i nosem pociągnąć, żeby sprawdzić czy wśród tych polnych i łąkowych nie ma zdradzieckiej żółtawej. Grzyby tu są. Całe mnóstwo. Tylko czekają, żeby wyrosnąć – mogłabym powiedzieć. Są pod podeszwą, pod ziemią, wloką się białymi nitkami. Przyrodnicy pouczają nas przecież, że zasadnicza część każdego grzyba to podziemna grzybnia, a to, czego wyglądamy po lasach i łąkach to tylko owocniki służące rozmnażaniu. Słaba to pociecha dla poszukujących rarytasów na patelnię i do marynaty. Tak jak kogoś, kto nie widzi owocników, pardon – owoców swojej pracy i swoich starań, niewiele pocieszy, że w głębi coś tam pozostało i trwa, czekając na przebudzenie.
Może niebawem w trawie pojawią się twardzioszki – małe grzybki jak plamki słońca rozsypane wśród zieleni, często tworzące koła nieładnie nazywane czarcimi kręgami. Smaczne choć tak niepozorne. „A idź ty mi z tymi twoimi twardzioszkami!” – powiedziała kiedyś Ania. Nic dziwnego. Ania mieszka w krainie, w której pełno kurek, prawdziwków i koźlarzy vel kozaków zwanych tam czerwonogłówcami. Kto by coś takiego zbierał?
„Halucynki?” – zapytał kiedyś pewien młody człowiek,( poeta z Torunia podkreślający zresztą, żeby za nic w świecie nie łączyć go ze znaną toruńską rozgłośnią radiową), kiedy zobaczył, że rwę jakieś grzybki rosnące w trawie. W jego głosie zabrzmiała ciekawość, a chyba i nadzieja. „Twardzioszki przydrożne” – zawiodłam go srodze.
Tymczasem nic z planowanej leśnej wyprawy. Duszno się zrobiło, zakłębiły się czarne chmury. Wprawdzie w telefonie żadnego alertu, a i synoptycy nie zapowiadali burzy ani nawet deszczu, ale kto wie… Skończyło się na rowerkowym treningu na bieżni przyszkolnego boiska i szaleństwach na niezawodnym placu zabaw. Poczekamy aż święty Piotr ze świętym Pawłem grzyby posieją. A wtedy ruszymy w las.
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |
Organizatorzy spodziewają się tysięcy wiernych z kraju i zagranicy.