Nie, to nie o życzliwych inaczej, takich, co to na przykład uprzejmie donoszą. To o życzliwych w drodze do i z Częstochowy.
Byłam wprawdzie już w tym roku w Częstochowie, ale nie rowerem, a bez rowerowej wyprawy do tego miasta rok niepełny jakiś… No i na razie jest ciepło, a niebawem pogoda może się zmienić. Dzwonię więc do siostry Bożenki o dwa noclegi W środku tygodnia rzecz jasna, nie w weekend, kiedy przez nasze narodowe sanktuarium przewalają się tłumy. W tygodniu spokojniej jakoś i bywa, że na mszy świętej można usiąść tuż przed obrazem Czarnej Madonny. „Zabierz ze sobą chłopa” – radzi siostra Bożenka. („Co ty tak siostro i siostro, mów mi Bożena.”) „A może ancymona jakiegoś podopiecznego?” – pytam podchwytliwie, choć nie zamierzam nikogo wlec ze sobą. „Lepiej nie” – odpowiada siostra. I dodaje rzeczowo: „Chyba, że miałby się tu nawrócić.”
Jadę sama. Rowerem. Skracając sobie drogę jak w zeszłym roku. Tym razem wysiadam w Kaletach. Marzy mi się widok na zalew w Zielonej i leśna droga. A przecież pamiętam, że na peronie w Kaletach schody strome. Jakoś je przeszłam z rowerem parę lat temu. Tym razem jako Zosia Samosia robię dwa podejścia. Nic z tego. Może zdjąć bagaż i przenieść oba ciężary z osobna? Podchodzi człowiek. Młody, a może już tak bardziej w średnim wieku. Z torby wystaje pomarańczowa kamizelka. Pewnie pracuje przy jakichś robotach kolejowych. „Pomóc pani?” Jeśli można… Tłumaczę, że ja do Częstochowy i chciałabym choć część drogi przejechać lasem. „Takie tu piękne lasy”- tłumaczę. „Pewnie, nie tylko po asfalcie i betonie” – odpowiada mój pomocnik, a potem życzy mi miłego dnia i dobrej drogi. Mogę już bez przeszkód dotrzeć do Zielonej, a później leśnym czerwonym szlakiem rowerowym do Woźnik. I dalej.
Z powrotem ma być lajtowo. Już niekoniecznie leśnymi drogami. Od centrum Częstochowy do samych Konopisk ścieżki rowerowe. Asfalt i beton, ale wygodniej. I nie grozi przebicie dętki na jakichś leśnych wertepach. Tylko dlaczego tak trudno? Pesel czy zachodni wiatr prosto w twarz? Z kościoła w Konopiskach (piękny i otwarty, naprawdę otwarty, nie żadna tam krata) zabieram litanię do świętego Walentego. Mijam park w Korzonku. „Połączenie zabawy z edukacją ekologiczną.” Może polecę komuś z młodszego pokolenia… Dębowa Góra. Jak sama nazwa wskazuje pod górę. I nagle… No, nie. Do najbliższej stacji ładnych parę kilometrów, a tu dętka nie dość, że przebita, to jeszcze wyskoczyła i coś blokuje paskudnie.
Wlokę się, zaciskając zęby. Zosia Samosia – nie będę machać ani kiwać. Ale po jakimś czasie zatrzymuje się samochód. Dwaj panowie – młody za kierownicą, obok młodszy. Na oko ojciec z synem. Kaleki rower ląduje z tyłu. „Do Boronowa” – mówię, a po chwili dodaję, że bardziej pasowałby mi Koszęcin, bo tam pociągów więcej. „Tam też przejeżdżamy, to skręcimy na stację” – mówi kierowca. Coś niecoś napomykam o moich wyprawach do Częstochowy. Dowiaduję się o jurajskich szlakach rowerowych i o rowerowej wyprawie do Krakowa… Samochód zatrzymuje się przy stacji. Pociąg ucieka mi co prawda sprzed nosa, ale następny za godzinę. I znów dobrego dnia i podróży. Miłego już niekoniecznie, ale dobrego wystarczy przecież w tej sytuacji.
No i narzekaj tu, człowieku, na znieczulicę, na przewagę braczy nad dawaczami. Chyba nie jest źle…
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |