Prawda, głód jest najlepszym kucharzem. Ale...
Swego czasu, wracając z drugiego końca Polski, wstępowaliśmy jeszcze do znajomych – tak mniej więcej w połowie drogi. Ostatnim razem dwa lata temu. „Sobota, to obiad taki sobotni”- tłumaczy Krysia takim tonem jakby musiała się usprawiedliwić. Pyszny rosołek, ziemniaczki posypane koperkiem, do tego sos kurkowy, bo kurek w mazowieckich lasach nie brakuje i jakieś klopsiki. „To falafele, z ciecierzycy” – tłumaczy Krysia. Rzeczywiście pyszne. Chwalimy, a ona dodaje coś o tym jak to ostatnio przekonuje kucharki, żeby raz w tygodniu w szkolnej kuchni przyrządzano właśnie falafele albo coś innego ze strączkowych. „Dobry pomysł!”- przytakuję.
I właściwie teraz powinnam pochwalić minister Nowacką z gronem współpracowników, bo pomysły miewa podobne. Podobne, ale jeśli przyjrzeć się dokładnie… W ministerialnych wytycznych nie ma zachęty, przekonywania, marginesu wolności, miejsca na wyjątki. Ma być według diety planetarnej i już.
Częstym argumentem przeciwko tejże diecie jest: „Uczniowie nie będą tego jedli, będą woleli chodzić głodni.” Ten argument jednak wydaje mi się nietrafiony. Nie dlatego, że – jak się mawia – głód jest najlepszym kucharzem, pozwalając docenić to, co przedtem nie smakowało. Uczniowie wielu rzeczy nie jedzą. Znam szkołę, w której co piątek jest w jadłospisie postna rybka prosto z beztłuszczowej patelni i spore ilości tego przysmaku wracają do kuchni – bo uczniom ryby nie smakują, chyba, że w najmniej zdrowej formie paluszków. Czy jednak dzieciak, który szkolnym obiadem pogardził, będzie głodował? Raczej nie. Posili się chipsami, w drodze ze szkoły dopcha fast foodem. Z lodówki w domu wyciągnie to, co zostawili zapracowani rodzice – jakiegoś powtarzalnego gotowca: zalewaną zupkę, makaron z sosem albo kolejny wariant pierogów.
Może jednak z czasem rzeczywiście polubi serwowane mu dania. Niejeden niejadek w przedszkolu albo w szkolnej stołówce nauczył się jeść i łazanki, i surówkę z marchwi, i (o cudzie!) zupę krem z dyni. Ku zdziwieniu mamy, która zapewniała (z westchnieniem lub bez), że on tego – a szczególnie zupki krem - nie jadł i jeść nie będzie.
Dziś uczniów mamy coraz mniej, kolejne szkoły są zamykane. Zawiezienie ucznia samochodem do szkoły położonej nieco dalej od domu przestaje być problemem, niektóre placówki oferują zresztą przewóz uczniów. Istniejące szkoły ostro konkurują ze sobą a to szeroką ofertą dla dzieci i młodzieży z orzeczeniami, a to jakością opieki świetlicowej dla najmłodszych. Mogłyby też konkurować jakością posiłków, opartych – jeśli to możliwe – o produkty od lokalnych producentów jak niektórzy sugerują. Mogłyby. Pod warunkiem, że jadłospis nie byłby ograniczony sztywnymi wytycznymi z góry, ale jak nakazuje mądra zasada pomocniczości opracowany tam, gdzie szkolne obiady się serwuje.
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |