publikacja 12.04.2012 00:15
Problemy naszego systemu emerytalnego wynikają z zapaści demograficznej; rządowa propozycja jego naprawy tę kwestię ignoruje i ma charakter doraźny.
Henryk Przondziono/GN
Tak zwany współczynnik dzietności w Polsce wynosi tylko 1,3 dziecka na kobietę
Od dwóch miesięcy trwają konsultacje w sprawie rządowego projektu zmian w systemie emerytalnym. Koalicyjny PSL wynegocjował pewne ustępstwa, jednak nie zmieniają one istoty pomysłu premiera Donalda Tuska: ratowania systemu przez wydłużanie czasu aktywności zawodowej do 67 lat. Koalicja rządowa odrzuciła projekt referendum w sprawie podniesienia wieku emerytalnego, pod którym NSZZ „Solidarność” zebrała dwa miliony podpisów. Rząd ogłosił, że projekt uwzględniający kompromis z PSL ma trafić do Sejmu w maju i zapewne zostanie przyjęty przez rządzącą większość.
Tymczasem przykłady wielu krajów na świecie, np. Francji, pokazują, że państwo przez działania zachęcające do posiadania dzieci może realnie wpływać na zwiększenie dzietności. Statystyki pokazują, że najwięcej dzieci w Wielkiej Brytanii wśród emigrantów rodzą Polki (nawet 50 dziennie). Wynika to z faktu, że w tym kraju rodziny mają o wiele lepsze warunki ekonomiczne niż w Polsce. Oczywiście działania prorodzinne wymagają kompleksowych działań: od prorodzinnych ulg podatkowych, sprawnego systemu opieki zdrowotnej, systemu opieki nad dziećmi czy szkolnictwa, po zmniejszenie danin nakładanych przez państwo na rodzinę. To wszystko jest kosztowne. Jednak jeśli mimo kryzysu znalazły się miliardy euro na zorganizowanie w Polsce Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej (co popieram), to zapewne znalazłyby się także na politykę prorodzinną. Tyle że trzeba podjąć decyzję, że ta sprawa jest priorytetowa, a rząd Tuska, podobnie jak poprzednie rządy, takiej decyzji nie podjął.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł