publikacja 16.08.2012 00:15
Pomysły na świecką Polskę typu przyklejanie jakichś kartek do drzwi bazylik albo krzyczenie pod kurią trzeba przejść jak świnkę, i mi się to udało – czytamy w liście do redakcji.
Henryk Przondziono
Do napisania tego świadectwa nakłonił mnie ten sam proboszcz, który mnie „wypisał z Kościoła” i nie przychodzi mi to łatwo. Tym niemniej widzę w tym głęboki sens, bo jest to symboliczne zamknięcie pewnego etapu mojego życia.
Wynika z niego, że w lutym 2011 roku „liderzy apostatów” ustalili, że będą polecać ochotnikom zastosowanie się do instrukcji Episkopatu Polski z 27 września 2008 roku tylko po to, by „cały czas narzekać na tę metodę”. Bije z tego pogarda nawet dla własnych sympatyków, którzy są sprowadzeni do roli narzędzi pozwalających na deklamowanie z góry ustalonych kwestii. Wreszcie zupełnie nie odpowiadał mi knajacki język dużej części użytkowników pod adresem duchownych. Chwilami wydawało się, że nie chodzi im o żadne „wystąpienie z Kościoła”, tylko o wyprowadzenie księży z równowagi. Krzyczenie w progu kancelarii parafialnej „dzień dobry”, żeby pokazać, że się jest „twardym zawodnikiem” jest po prostu dziecinne. To wszystko sprawiło, że nabrałem dużej rezerwy do tego, na jakich podstawach się to wszystko opiera i co jest rzeczywistym celem całego przedsięwzięcia, które trwa od 2005 roku i po siedmiu latach nadal nie widać ani efektów, ani końca.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł