publikacja 27.09.2012 00:15
„Ilekroć zasiadam do wykonania inseminacji, zastanawiam się: jaki to ma sens? (…) ale jak nic nie zrobimy, to pacjent pójdzie gdzie indziej, a nas uzna za medycznego abnegata” – pisze prof. Rafał Kurzawa w branżowym piśmie o programie in vitro.
istockphoto
Przed inseminacją, przed podaniem do jamy macicy, plemniki muszą być wyselekcjonowane. Chodzi m.in. o to, by poprawić ich parametry
Inseminacja – przypomnijmy – to zabieg wykonywany u niepłodnych par. Polega na wstrzyknięciu za pomocą cewnika do jamy macicy wyselekcjonowanych, „obrobionych” plemników. Chodzi o to, by poprawić ich parametry i pominąć zabójcze w wielu przypadkach dla nich środowisko śluzu w szyjce macicy. Kościół katolicki odrzuca tę metodę, bo oddziela ona prokreację od aktu małżeńskiego. Nasienie męskie uzyskuje się na drodze masturbacji.
Logika?
Wyjść naprzeciw
– Bo jest duża presja ze strony pacjentek, by wykonywać inseminacje. Bo taka jest siła internetu. To niestety też ucieczka od współżycia seksualnego u wielu par. Poza tym pacjent, nie tylko przy sztucznym rozrodzie, chce, by robić przy nim wiele skomplikowanych medycznych badań. Niektórzy lekarze wychodzą naprzeciw tym oczekiwaniom. To jest wynik presji, jakiej są poddawani lekarze wszystkich specjalności, a zapewne i przedstawiciele innych zawodów. Poza tym najnowsze rekomendacje pochodzą z 2012 r. i trzeba czasu na ich wprowadzenie. Prawdą jest, że pacjenci oczekują medycznych interwencji, są często niecierpliwi. Ale czy rolą lekarza jest takie właśnie „wychodzenie naprzeciw”? Z drugiej strony trochę to rozumiem. Skoro jedna inseminacja kosztuje od 1000 zł (1500, jeśli z użyciem nasienia obcego dawcy), a jedna próba in vitro ponad 10 tys. zł (plus diagnostyka), to trzeba „wyjść naprzeciw…”.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł