publikacja 18.10.2012 00:15
Wenezuela Hugo Cháveza to podręcznikowy przykład ślepej uliczki, jaką jest socjalizm. Niestety, podręcznik pisze się dalej.
PAP/DPA/Miraflores
Podczas kampanii wyborczej Hugo Chávez był w doskonałej formie
Jeśli mieszkasz w kraju, który opływa w bogactwa naturalne, a twój budżet domowy tego nie odczuwa, natomiast odczuwają to budżety domowe nadmiernej liczby urzędników państwowych – najpewniej padłeś ofiarą socjalizmu. Jeśli do tego nie jesteś w stanie, choć warunki pozwalają, zmienić władzy, która tę plagę przyniosła – najpewniej sam stałeś się socjalistą. Tak można by w dużym uproszczeniu opisać los Wenezuelczyków pod rządami Hugo Cháveza. Ostatnie wybory pokazały, że większość obywateli ciągle nie widzi alternatywy. „Jakoś trzeba będzie żyć dalej, mimo tych plotek”, mówił prezydent jeszcze w czasie kampanii wyborczej, komentując pogłoski o swojej śmierci. Chodziło wprawdzie o ciężką chorobę, którą udało mu się pokonać, ale w kontekście zwycięskich wyborów można traktować to zdanie również politycznie.
Owoce „rewolucji”
Zresztą sojusz z Wenezuelą okazał się dla Iranu furtką do pełnego sukcesu w niemal całej Ameryce Łacińskiej. Sam Hugo Chávez nie ukrywa, że w sojuszu z Iranem widzi szansę na przeciwstawienie się Stanom Zjednoczonym. Chávez i Ahmadineżad wspólnie szkolą kadrę wojskową, wspólnie też produkują amunicję. W swojej niechęci wobec USA Chávez potrafi jednak użyć czasem bardzo inteligentnej, ironicznej retoryki. Tak komentował na przykład coraz większą ingerencję państwa na początku kryzysu w Stanach: „Towarzysz Obama właśnie znacjonalizował General Motors. Fidelu, musimy być ostrożni, bo skończymy na prawo od niego”, mówił w telewizji.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł