Ile państwa w gospodarce?

Stefan Sękowski

GN 10/2013 |

publikacja 07.03.2013 00:15

Keynes i Hayek to uosobienia dwóch podejść do gospodarki: interwencjonistycznego i wolnorynkowego. Po latach stosowania zaleceń pierwszego warto sięgnąć po rady drugiego.

Z lewej John Maynard Keynes, obok Friedrich von Hayek PAP/CAF-archiwum, PAPA Z lewej John Maynard Keynes, obok Friedrich von Hayek

Mało któremu ekonomiście udało się stać ikoną popkultury. A jednak wykonanie piosenki o popycie zagregowanym i chybionych inwestycjach, którą rapuje dwóch łysiejących wąsaczy w marynarkach, obejrzało na YouTube już 4 mln osób. To filmik edukacyjny, ukazujący różnice między dwoma podejściami do polityki gospodarczej, które symbolizują Brytyjczyk John Maynard Keynes i Austriak Friedrich August von Hayek. Ich zwolennicy do dziś nie mogą dojść do konsensusu, w jakim stopniu państwo powinno wpływać na gospodarkę – tę debatę opisuje Nicholas Wapshott w swojej książce „Keynes kontra Hayek. Spór, który zdefiniował współczesną ekonomię”.

Kiedyś wszyscy będziemy martwi

Keynes pojawił się na scenie publicznej jeszcze przed I wojną światową, jednak rozgłosu nabrał, gdy w 1919 roku, będąc doradcą brytyjskiego premiera Lloyda George’a, podczas negocjacji pokojowych w Wersalu ostentacyjnie zrezygnował z dalszej pracy na znak protestu przeciwko ogromnym reparacjom, jakie Francja i Wielka Brytania zamierzały nałożyć na pokonane Niemcy i Austrię. Uważał, że zbyt drastyczne potraktowanie byłych wrogów prowadzi do ich do katastrofy gospodarczej, może wywołać odruch oburzenia i wynieść do władzy ekstremistów – historia przyznała mu rację. Zawsze interesował się relacją między polityką i gospodarką. Sam był zresztą praktykiem w obu tych dziedzinach jako członek Partii Liberalnej, przez pewien czas pracownik ministerstwa skarbu oraz inwestor, który w dniu śmierci był właścicielem potężnej fortuny. Przede wszystkim jednak był naukowcem.

Profesor uniwersytetu Cambridge zaatakował klasyczne ekonomiczne twierdzenie, iż gospodarka dąży do równowagi między popytem i podażą. Dotyczy to także rynku pracy, w związku z czym pełne zatrudnienie jest tylko kwestią czasu. Tymczasem – jak twierdził Keynes, jest inaczej – do tej równowagi nigdy nie dojdzie. Dlatego państwo musi w okresie kryzysu aktywnie walczyć z bezrobociem, przede wszystkim zwiększając ilość pieniądza na rynku, głównie przez stosowanie niskich stóp procentowych przez bank centralny. Brytyjczyk nie zgadzał się z zastrzeżeniem, iż doprowadzi to do inflacyjnej katastrofy – to znaczy może doprowadzić, ale w tak odległej perspektywie, że jest ona nieosiągalna. „Na dłuższą metę wszyscy jesteśmy martwi” – pisał. Te słowa do dziś są przyczynkiem do oskarżania Keynesa o nieodpowiedzialność. Państwo może też zwiększać ilość pieniądza na rynku poprzez obniżanie podatków i zaciąganie pożyczek, dzięki którym mogłoby finansować wydatki, głównie na budownictwo i infrastrukturę.

W słowniku Keynesa nie istniało pojęcie nietrafionych inwestycji. „Najbardziej poroniony i rozrzutny plan budownictwa socjalnego daje nam w efekcie jakieś domy” – pisał. Jego zdaniem każda wydana na roboty publiczne złotówka wpływa pozytywnie nie tylko bezpośrednio na samą inwestycję, ale i na całą gospodarkę. By wybudować dom, trzeba kupić cegły lub pustaki, przez co daje się pracę producentom materiałów budowlanych. Trzeba także zatrudnić robotników. Oni z kolei, zarabiając, zapewniają pracę tym, którzy otrzymują wydawane przez nich pieniądze.

Raz na wozie…

Przeciwieństwem ekstrawertycznego Keynesa był F.A. von Hayek. Pierwsze kroki jako ekonomista stawiał pod okiem Ludwiga von Misesa na uniwersytecie w Wiedniu. Po lekturze jego książki „Socjalizm” wyzbył się wszelkich złudzeń co do sensowności lewicowych rozwiązań i do śmierci pozostał piewcą wolnego rynku. Postanowił wytłumaczyć ciągłą wymianę recesji z boomem gospodarczym. W latach 20. ub. wieku doszedł do wniosku, że działanie państwa na rynku pieniężnym polegające na kreacji kredytu poprzez sztuczne zaniżanie stóp procentowych wywołują boom i wprowadzają przedsiębiorców w błąd. W efekcie wywołanych w ten sposób błędnych decyzji tworzą się bańki spekulacyjne – po pewnym czasie okazuje się, że nie mają one realnego uzasadnienia na rynku, wówczas gospodarka się załamuje. Hayek zalecał powrót do pełnego pokrycia pieniądza w złocie, co miało zapewnić jego stabilność. Hayek nie wierzył w to, że rządzący wiedzą, jak powinna wyglądać gospodarka. Uważał, iż rzeczywistość jest do tego stopnia złożona, że żaden pojedynczy człowiek nie może tego wiedzieć. Ale nie ma powodu do obaw, nie musimy poruszać się w świecie gospodarczym po omacku. W zrozumieniu go pomagają nam ceny, które informują nas, na jakie dobra jest zapotrzebowanie, a jakie rozwiązania lepiej zostawić. Wszelka interwencja państwa jedynie wykrzywia tę rolę cen i wprowadza ludzi w błąd. Dlatego należy postawić na ład spontaniczny – i żeby mu nie przeszkadzać, państwo powinno w jak największym stopniu wycofać się z gospodarki. Co więcej, uważał, że obejmowanie przez państwo coraz szerszych sfer życia swoją pieczą prowadzi do totalitaryzmu. Do bezpośredniego zderzenia obu koncepcji doszło, gdy Hayek został zatrudniony na London School of Economics. Panowie prowadzili ze sobą polemiki, w czasie II wojny światowej mieszkali nawet obok siebie. Mimo różniących ich poglądów darzyli się nawzajem sporym szacunkiem.

Keynes zwycięzca

Hayek przeżył zmarłego w 1946 roku Keynesa o prawie 50 lat. W 1974 roku Austriak otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie ekonomii. Powoływali się na niego ekonomiści, tacy jak Milton Friedman, czy politycy, tacy jak Margaret Thatcher. Jednak to częściej recepty Keynesa były inspiracją dla rządzących. Był współtwórcą ratyfikowanego w 1946 roku systemu z Bretton Woods, który obowiązywał międzynarodowe relacje walutowe do 1971 roku. Najbardziej znaną koncepcją inspirowaną przez autora „Ogólnej teorii zatrudnienia, procentu i pieniądza” był „Nowy Ład”, który wprowadzał w USA prezydent Franklin Delano Roosevelt, z szerokim projektem robót publicznych, a także „Wielkie Społeczeństwo” innego amerykańskiego przywódcy, Lyndona B. Johnsona. Nawet odwołujący się do poglądów Hayeka prezydent Ronald Reagan prowadził keynesistowską politykę fiskalną, jednocześnie obniżając podatki i rozdmuchując deficyt budżetowy do niespotykanych dotąd rozmiarów, głównie przez zwiększone wydatki związane z wyścigiem zbrojeń z ZSRR.

– Tak naprawdę politycy nie stosowali rozwiązań hayekowskich w praktyce. Raczej były to inspiracje, niekoniecznie zgodne z intencją autora i nie zawsze rozsądne – mówi „Gościowi Niedzielnemu” ekspert Instytutu Sobieskiego, Jan Filip Staniłko. Czy to znaczy, że spór wygrał Keynes? – Tak, ale tylko dlatego, że miał ustawioną walkę – uważa prezydent Centrum im. Adama Smitha dr hab. Robert Gwiazdowski. – Był pierwszym ekonomistą celebrytą, od niego rozpoczęło się traktowanie ekonomistów jak zaklinaczy deszczu. Tymczasem wielokrotnie nie miał racji. Twierdził, że można generować zatrudnienie kosztem inflacji, tymczasem USA w latach 70. XX w. miały i wysokie bezrobocie, i wysoką inflację – tłumaczy. Zdaniem Staniłki politycy nie mogli się inspirować Hayekiem, gdyż autor „Drogi do zniewolenia” opisywał rzeczywistość, której już dawno nie ma. – Leszek Balcerowicz uznaje go za swojego guru. Jednak Hayek ostrzegał przed nadejściem socjalizmu, ale gdy Balcerowicz został wicepremierem, trzeba było z niego wyjść. Przekształcenia własnościowe, zmiana prawa to decyzje polityczne: Hayek nie miał na nie recepty – uważa. – Jeśli już ktoś wzoruje się na zaleceniach Austriaka, to niemiecki Bundesbank – dodaje.

Czas na Hayeka

Mimo swych wad obaj wybitni ekonomiści są uznawani za uosobienie dwóch odmiennych podejść do polityki gospodarczej. Oba mieszczą się w rynkowym myśleniu o gospodarce: mimo daleko idącego sceptycyzmu wobec państwowej nieingerencji, Keynes był przeciwny socjalizmowi, marksizm uważał za humbug. Gdy w 2008 roku doszło do kolejnego kryzysu wywołanego przez spekulacyjną bańkę na rynku nieruchomości, politycy sięgnęli po „sprawdzone” programy bazujące na keynesistowskiej filozofii. W USA politycy z lewa i prawa uchwalali przyznawanie pomocy finansowej będącym w kłopotach instytucjom finansowym, inne państwa również chętnie przyznawały pieniądze upadającym firmom. Kryzys uwidocznił problem, jakim jest ogromne zadłużenie państwa, które, wedle Keynesa, problemem być nie powinno. Przedsięwzięte środki nie przyniosły wymiernych efektów. – Wszędzie, gdzie stosowano interwencję państwa, rosły deficyty budżetowe, bezrobocie, gospodarka była w stagnacji – mówi GN członek zarządu Instytutu Misesa Mateusz Benedyk. A przecież od krachu minęło już prawie pięć lat. – Gdyby dziś żył Hayek, radziłby brak subsydiowania upadających banków, pozwolenie na płynne dostosowanie się gospodarki do nowych warunków, zniesienie wszelkich sztuczności cenowych, przede wszystkim na rynku pracy, deregulację gospodarki. Państwa, które zrezygnowały z interwencji, takie jak Estonia czy Łotwa, już wychodzą na prostą. Historia pokazuje, że gdy państwa stosują rozwiązania nieinterwencyjne, mogą wyjść z kryzysu w ciągu kilku miesięcy, roku – tłumaczy Benedyk. Po kilkudziesięciu latach mniej lub bardziej wiernego stosowania zaleceń Keynesa warto więc sięgnąć po zapomnianą filozofię polityczną Hayeka. Do tej pory obecna głównie w propagandzie, w praktyce może okazać się prawdziwą alternatywą wobec chętnie stosowanego interwencjonizmu, który, jak się okazuje, nie przynosi efektu.