Szkiełko i oko wysiada

Jacek Dziedzina

GN 26/2013 |

publikacja 27.06.2013 00:15

Gloria spytała mnie o nieuleczalnie chorą dziewczynkę, czy jest szansa, że wyzdrowieje. Odpowiedziałam jej, że nic się już nie da zrobić. Na to Gloria: No co ty, mamo, przecież jest jeszcze Jan Paweł II.

Szkiełko i oko wysiada Henryk Przondziono /GN Kogo innego może rysować równie często „dziewczyna papieża”? Cudownie uzdrowiona za wstawiennictwem Jana Pawła II Gloria Maria Wrona ma dzisiaj 8 lat

Osiem lat temu to ona „nie miała prawa” przeżyć. Wszystkie parametry wskazywały na to, że trzecia córka Joanny i Jacka Wronów z Częstochowy nie przeżyje ciąży lub umrze natychmiast po urodzeniu. Lekarze musieli dwa razy rozkładać ręce: pierwszy raz przy diagnozie, drugi raz po urodzeniu dziecka. Za pierwszym razem rozłożone ręce były gestem bezradności w obliczu nieprzewidywalności natury. Za drugim – gestem pokory wobec niemierzalności sił z „innej branży”. Przypadek Glorii Marii został uznany za cudowne uzdrowienie za wstawiennictwem Jana Pawła II.

Dziecko umiera

– Tato, chcesz kawę z mlekiem? – Gloria Maria krząta się w kuchni przy ekspresie. – Przynieść ci jeszcze coś? – pyta ojca, stawiając filiżankę na stole. Pogodne oczy nie przestają się uśmiechać nawet przy bardziej poważnym zestawie minek. Gloria jest najmłodsza z trzech sióstr, ale nie najmłodsza w rodzinie: 5-letniemu Maksowi tłumaczy, że w szkole jest nawet fajnie. Bo to nie tylko nauka, ale i zabawa. A na początku lipca na świat przyjdzie Franciszek. Nie oznacza to jednak, że życie 7-osobowej rodziny kręci się tylko wokół domu.

Wszyscy przyzwyczaili się, że drzwi nie zamykają się prawie z powodu wchodzących i wychodzących dziennikarzy. Przed nami były dziś już dwie ekipy telewizyjne. Poza tym Joanna i Jacek ciągle podróżują po Polsce i opowiadają, jak Bóg pozwolił im namacalnie doświadczyć swojej obecności i świętości Jana Pawła II. Pod koniec 5. miesiąca ciąży stwierdzono nieprawidłowości. W Częstochowie Joanna i Jacek chodzili od jednego lekarza do drugiego, ale nikt nie potrafił powiedzieć, co jest nie tak. Dopiero wizyta u prof. Jerzego Sikory, ordynatora Patologii Ciąży Szpitala Klinicznego Śląskiej Akademii Medycznej, rozwiała wątpliwości: ich dziecko umierało. Brakowało wód płodowych, nerek, pęcherza i paru innych narządów. Do tego stwierdzono, że serce jest mocno przerośnięte. – Okazało się, że ona nie rozwijała się już od kilku tygodni. Na tym etapie było wiadomo, że gdyby się urodziła, nie miałaby szans na przeżycie – mówi Joanna. W ciężkich dniach codziennie kładła na brzuchu obrazek z Janem Pawłem II. Dziś to jedna z rodzinnych świętości. Na odwrocie widoczny napis: „Ojciec św. wziął go do rąk i pobłogosławił z myślą o chorych w Krakowie 22 czerwca 1983 r.”.

Walka

W 6. miesiącu lekarze zdecydowali o natychmiastowym rozwiązaniu ciąży. Życie matki było bezpośrednio zagrożone. – Dla lekarzy to sprawa prosta: ratujemy panią, dziecko i tak nie przeżyje. Zaproponowali cesarkę. Miałam napisać własnoręcznie oświadczenie, że wyrażam zgodę na przeprowadzenie cesarskiego cięcia w związku z wadami płodu, uniemożliwiającymi mu życie poza organizmem matki. Przez pomyłkę napisałam: UMOŻLIWIAJĄCYMI. Lekarz kazał to oczywiście przekreślić – wspomina Joanna. Wątpliwości jednak były ogromne. – Wiedziałam, że Gloria i tak długo nie będzie żyła w moim łonie, ale też nie chciałam decydować o długości tego życia. Jednocześnie myśl, czy moje życie można ryzykować dla życia, którego i tak nie można uratować... To strasznie trudne. Kilka godzin odwlekałam decyzję, lekarze ponaglali. Rozmowa z dwoma franciszkanami wywołała w niej jeszcze większy niepokój. – Uznali, że zgoda na cesarkę będzie jednoznaczna ze zgodą na aborcję, oni chyba nie rozumieli do końca tej sytuacji. Natomiast pomogli mi w ten sposób, że dali mi numer telefonu o. Mieczysława Wnękowicza. Rozmawiałam z nim krótko przez telefon. Mówił, że ma na sobie stułę o. Pio, że ma relikwie św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Krótko się ze mną pomodlił i na koniec powiedział, że ma przeczucie, że cesarskie cięcie trzeba przeprowadzić natychmiast.

Lekarze pokorni

Pierwsze zdziwienie lekarzy po urodzeniu wywołał fakt, że dziewczynka oddychała, chociaż w łonie matki już się dusiła. Drugie – że oddała mocz, choć miała nie mieć nerek. – Trzeba przyznać, że lekarze z wielką pokorą podeszli do tego wydarzenia – mówi Jacek. – To świadczy też o ich klasie. Mówili, że to dla nich nauka, że medycyna działa tylko do pewnego momentu. I że jednak szkiełkiem i okiem nie wszystko można zdiagnozować – dodaje ojciec Glorii. Emerytowany policjant, lata przepracował w Centralnym Biurze Śledczym. Jedyny w Polsce biegły sądowy z zakresu kryminologii przestępczości narkotykowej, slangu narkotykowego i slangu przestępczego. Na emeryturze nadal dojeżdża na wykłady do Szczytna, pisze książki, jeździ z żoną na spotkania ewangelizacyjne. – Dla nas to była wielka próba wiary. Ale Jezus powiedział, że choćby zmarli powstali, to i tak niektórzy nie uwierzą. Przyjechali do nas kiedyś Włosi z „Corriere della Sera” i chcieli, żebyśmy dostarczyli im z kliniki oficjalne potwierdzenie, że to był cud – śmieje się Jacek. Można powiedzieć, że z Janem Pawłem II przebywają na co dzień. Mocno angażują się w papieskim muzeum. Są koncerty, spotkania, konkursy, omawianie encyklik. Cały czas coś się dzieje. – Gdyby nie ta historia z Glorią, zapewne nasze życie wyglądałoby zupełnie inaczej. A to wydarzenie przyspieszyło moją decyzję o przejściu na wcześniejszą emeryturę. To wszystko trzeba jakoś trzymać: te książki, spotkania. Ja się już w życiu naścigałem przestępców – Jacek ze śmiechem pokazuje na ręce bliznę, ślady pracy.

To ja jestem ta Gloria!

Gloria zna swoją historię, choć nie było takiego momentu, że rodzice usiedli z nią i nagle zaczęli uświadamiać córkę. – Bardzo wcześnie ta historia stała się sprawą publiczną. Kiedy nasze świadectwo wpłynęło do Watykanu, od razu media się zwiedziały o tym i wbrew mojej woli to ujrzało światło dzienne – mówi Joanna. – I Gloria od samego początku uczestniczyła w tym wszystkim. Odkąd pamięta, jest w domu telewizja, są dziennikarze, robi się zdjęcia – dodaje mama Glorii. Jacek: – Ona nie jest jednak zepsuta tymi mediami, nie było sytuacji, żeby próbowała swoją popularność wykorzystać. Dla wielu dzieci to niezrozumiałe, jak można być co tydzień w telewizji i nie chwalić się tym. Raz tylko, jak w korku staliśmy na zwężeniu, otworzyła okno i krzyknęła: Ja jestem ta słynna Gloria, czy możecie mnie przepuścić?! – wspomina ze śmiechem ojciec. Gloria dostała list bezpośrednio od Geor- ge’a W. Busha. Odchodzący z urzędu prezydent USA wysłał listy pożegnalne tylko do dwóch europejskich przywódców i właśnie do „dziewczyny Jana Pawła II”. – Jak to nagłośnili w radiu i telewizji, to się pojawiły głosy, że Bush nam mieszkanie kupił – śmieją się Wronowie.

Przyznają jednak, że nie mają powodów, by narzekać na zachowanie mediów. Przeciwnie, większość materiałów – nawet w prasie na co dzień sceptycznej lub niechętnej Kościołowi – to była solidna robota dziennikarska. – Ta potrzeba pokazania czegoś innego niż opluwanie innych jest na tyle silna, że nawet w niechętnych Kościołowi mediach to przechodzi. No bo ile można czytać o brudach? – pyta retorycznie Jacek. Jan Paweł II stał się naturalnym patronem rodziny. Właściwie: jednym z domowników. Dla Glorii to zupełnie naturalne, bez cienia egzaltacji. Joanna: – Kiedyś modliłyśmy się za dziewczynkę dotkniętą karłowatością. Gloria pyta mnie, czy ta dziewczynka kiedykolwiek urośnie. Ja mówię, że nie, bo nie ma na to lekarstwa. A Gloria na to: No co ty, mamo, przecież jest jeszcze Jan Paweł II! Dziewczynka przysłuchuje się temu z dyskretnym uśmiechem. Rysuje papieża. To jeden z ulubionych motywów. Bo drugim są modelki. Odkłada papieża i bierze się za kolejny wizerunek „dziewczyny na wybiegu”. – Chciałabym zostać projektantką mody – mówi pewnie i pochyla się nad kartką z „wymiarową” postacią. Żyje.