publikacja 01.08.2013 00:15
„Od kiedy los nam Cię zwrócił, nad każdym wschodem widzę twoje imię, a w południe błysk blasku twoich oczu. Twój uśmiech leczy moje rany” – pisze do swojej córki Antonio Socci. Jak toczą się losy wyrwanej ze śpiączki Cateriny, córki włoskiego dziennikarza?
roberto testi /rizzoli
Caterina Socci ma dziś 28 lat. Od czterech lat leży przykuta do łóżka po zatrzymaniu akcji serca. Nieruchoma porusza cały świat. Dzięki niej nadal nawracają się tysiące osób
Historia dramatu córki Antonia Socciego obiegła świat przed czterema laty. Caterina, wówczas 24-letnia studentka architektury, 12 września 2009 r. nagle straciła przytomność w swoim mieszkaniu. Jej serce z nieznanych powodów przestało bić, a lekarze reanimowali ją przez prawie godzinę. Kiedy stwierdzili, że nie ma szans, do mieszkania wpadł zaalarmowany sytuacją kapłan, opiekun studenckiej wspólnoty Komunia i Wyzwolenie, do której należała Caterina. Odepchnął zrezygnowanych sanitariuszy i zaczął się modlić. Kiedy zakończył, serce Cateriny zaczęło bić. Pacjentkę przewieziono na sygnale do szpitala Careggi we Florencji. Tam czekali już rodzice: Antonio i Alessandra. Dzień i noc tłumy przyjaciół i rodzina czuwali na korytarzu oddziału intensywnej terapii. I wokół pogrążonej w śpiączce dziewczyny zaczęły dziać się cuda. Sam Socci w ciągu dwóch miesięcy od dramatu otrzymał ponad dziesięć tysięcy listów z całego świata z zapewnieniem o modlitwie. Wylewały się z nich historie nawróceń pod wpływem Cateriny, także ateistów, cierpienia innych ludzi, ocean wiary. „Leżąc, poruszyła cały świat” – napisał ktoś. Pewnego dnia wbrew diagnozom lekarzy Włoszka przebudziła się.
Antonio Socci niechętnie rozmawia o szczegółach rehabilitacji – są bowiem i trudne do zniesienia chwile, ataki. Kilka razy dziewczyna otarła się ponownie o śmierć. Dziennikarz wierzy, że wszystko to ma głęboki sens. Kurczowo trzyma się nadziei i Ewangelii. Państwo Socci pielgrzymują w intencji córki do sanktuariów. Odwiedzili toskańskie sanktuarium Montenero, Ghiaie di Bonate, miejsce objawień Matki Bożej z 1944 r. niedaleko Mediolanu, Loreto, dokąd każdego roku pielgrzymowała Caterina, grób ojca Pio w San Giovanni Rotondo. Socci wyruszył nawet do Lourdes.
Świadectw nawrócenia mnóstwo jest także w Polsce. Wielu czytelników „Gościa Niedzielnego” nadal modli się o całkowite uzdrowienie Włoszki, pości i zamawia Msze w jej intencji. Pani Danuta z Poznania dzwoni regularnie. Jej syn, architekt z wykształcenia – tak jak Caterina – obchodzi urodziny 12 września, czyli dokładnie w rocznicę dramatu dziewczyny. Pani Danuta poczuła więc rodzaj zobowiązania z nieba i duchowo adoptowała w modlitwach Caterinę Socci. Powiadomiła o przypadku Włoszki przeora niedawno, bo rok po śmierci bł. Jana Pawła II, powołanej do życia we francuskiej diecezji Fréjus-Toulon wspólnoty Niewidzialny Klasztor Jana Pawła II. Jej członkowie – głównie świeccy – dzień i noc adorują Najświętszy Sakrament i ofiarowują swoje fizyczne i duchowe cierpienia w intencjach chorych. Założyciel, francuski piekarz Marcial Codou, razem z żoną i trójką swoich dzieci – o czym powiedzieli mi w rozmowie – też modlą się za Caterinę i jej rodziców oraz rodzeństwo. Wśród listów, które nadeszły do redakcji, najbardziej poruszający był ten od ojca Ludwika (prosił, by nie ujawniać więcej szczegółów o nim). Zakonnik od dwóch lat odprawia Msze św. w intencji Soccich. Podjął też decyzję, by swoje życie ofiarować Bogu w zamian za życie i całkowite uzdrowienie Cateriny. Wszystko to relacjonuję na bieżąco ojcu dziewczyny.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł