Usuńmy w ogóle religię za szkół?

Gazeta Wyborcza/a.

publikacja 29.06.2007 04:07

Usuńmy w ogóle religię za szkół - żądają na łamach Gazety Wyborczej Piotr Laskowski, Sebastian Matuszewski, nauczyciele pracujący w Wielokulturowym Liceum Humanistycznym im. Jacka Kuronia w Warszawie.

W artykule czytamy: Propozycję wliczania stopnia z religii do średniej ocen na świadectwie szkolnym wielu odczytało jako pierwszy akt dramatu, który zakończy się wprowadzeniem matury z religii lub uczynieniem religii przedmiotem obowiązkowym. W istocie jest to pierwsza scena aktu piątego tragedii rozpoczętej 18 lat temu wprowadzeniem religii do szkół publicznych. Dlatego nie warto dzisiaj rozdzierać szat nad średnią (która dla dalszych losów młodych ludzi w systemie edukacji ma nikłe znaczenie). Trzeba zastanowić się nad samą obecnością religii w szkołach publicznych. I domagać się jej usunięcia. Argumentów za likwidacją lekcji religii w szkołach jest wiele. Niebagatelny mówi o dziwacznym statusie katechetów. Jest to jedyna grupa nauczycieli, której nie zatrudniają samodzielnie dyrektorzy szkół (dyrektor nie może zatrudnić nauczyciela bez konsultacji z instytucją kościelną, która przecież nie ponosi żadnej odpowiedzialności za działanie szkoły). Nauczyciele religii nie muszą też wykazać się przygotowaniem pedagogicznym. Religia jest też jedynym przedmiotem, który nie jest nauczany wedle podstawy programowej ustalanej przez ministra edukacji ani wedle programów zatwierdzanych przez ministra. Zarazem - i to rzecz bardzo istotna - nauczyciele religii są pełnoprawnymi członkami rad pedagogicznych. Zyskują zatem informacje i podejmują decyzje dotyczące uczniów, którzy na religię nie chodzą. Istnieją chyba tylko trzy argumenty za utrzymywaniem religii w szkole. Pierwszy - z wygody uczestników. Zamiast biegać po południu do sali przykościelnej, uczniowie mają katechezę włączoną w plan lekcji. Jednak usunięcie religii ze szkół nie ograniczy chętnym możliwości jej poznawania. Kościół w Polsce jest jedyną chyba instytucją, która dysponuje przestrzenią do organizowania zajęć w każdej niemal miejscowości. Argument drugi to rzekome prawa historyczne Kościoła katolickiego. Religia w szkole byłaby aktem wdzięczności nowych władz politycznych za wsparcie udzielane "Solidarności" przez instytucje kościelne. Podporządkowanie wychowania młodych Polaków pragnieniu spłacenia długu Kościołowi jest poważnym nadużyciem, którego nie trzeba chyba dalej obnażać. I wreszcie argument trzeci - religia miałaby być fundamentem moralności społecznej, zespołem wierzeń zapewniających nam wszystkim szczęśliwsze życie. Jest to argument nieprawdziwy i szkodliwy. Moralność nie jest domeną ludzi wierzących. Nie jest też sferą jednoznacznych, pewnych rozstrzygnięć. Świat wartości jest światem indywidualnych wyborów i własnej odpowiedzialności.

W Polsce młodzi ludzie są nie tylko pozbawiani wiedzy o różnorodności odpowiedzi etycznych, ale na dodatek przyzwyczajani do zachowania konformistycznego - do chodzenia na religię dlatego, że inni chodzą. Człowiek wychowywany do podążania za większością zdolny będzie - wiemy to po doświadczeniach XX wieku - do każdego okrucieństwa, byle dokonywanego bezpiecznie, w tłumie. Szczęśliwe społeczeństwo daje ludziom przestrzeń autonomii moralnej, pozwala im dyskutować o różnych wyborach. Aby mogli się porozumiewać, przekonywać, potrzebują wiedzy - a zatem prawdziwych i uzasadnionych sądów o świecie. Instytucją przekazywania wiedzy jest właśnie szkoła. To w szkole dzieci uczą się, jak odróżniać zdania mętne od precyzyjnych, niedorzeczności od sądów uzasadnionych. To w szkole zyskują wiedzę, która pozwala im stać się współtwórcami świata - znajomość praw przyrody, ale także wiedzę o własnych i cudzych emocjach, o różnych sposobach mówienia o świecie (w tym także o opowieści religijnej stanowiącej tu wszakże przedmiot refleksji). Głównym powodem, dla którego trzeba domagać się usunięcia religii ze szkół, jest to, że treści przekazywane na katechezach nie są wcale wiedzą, lecz treścią podaną do wierzenia. Weźmy termin "cywilizacja śmierci". Do "cywilizacji śmierci" należeć ma propagowanie prezerwatyw na terenach zagrożonych AIDS, przyznawanie praw związkom osób tej samej płci czy zapłodnienie in vitro. Tymczasem wiemy, że technika in vitro daje możliwość urodzenia dziecka parom bezpłodnym, walka z AIDS służy zachowaniu przy życiu setek tysięcy ludzi, prawa dla związków osób tej samej płci sprzyjają pomnożeniu szczęścia żyjących. Termin "cywilizacja śmierci" jest zatem sprzeczny z powszechnym użyciem słów "życie" i "śmierć" i bez związku z rzeczywistością. Jego źródłem jest wiara - wiara w boski plan i moc sukcesji apostolskiej, wobec których powinniśmy z pokorą przyjmować, a nawet zadawać cierpienie. Zacieranie granicy między wiedzą a wiarą, między tym, co uzasadnione, a tym, co wpojone, przyzwyczajanie do posłuchu wobec autorytetu ćwiczą w pokorze i bezrefleksyjności. Korodują debatę publiczną, która właśnie dlatego w 18. roku wolnej Polski wygląda tak, jak wygląda. Gdy wiara i wiedza zlewają się w jedno, gdy nie umiemy dostrzec niedorzeczności, niejasności i błędów wynikania, debata publiczna staje się niemożliwa i musi się przerodzić w przekrzykiwanie. Od redakcji Można się było domyślać, że wyciągnięcie w mocnym kontekście politycznym kwestii wliczania oceny z religii do średniej (co dla Kościoła było zawsze oczywiste), zachęci do wrogów obecności tego przedmiotu w szkole do ataku. To jak samospełniające się proroctwo...